Kolejny dramatyczny występ notują podopieczni Luciena Favre. Zawodnicy z Berlina przegrali piąty mecz z rzędu, tym razem ulegając Freiburgowi aż 0:4. Natomiast wicelider Bayer i wyprzedzający go zespół HSV zgodnie zremisowali swoje spotkania.
W meczu na Olympiastadion spotkały się drużyny z dolnej części tabeli. I choć w przypadku Freiburga taki obrót spraw dziwić nie powinien, to ostatnie miejsce w ligowym zestawieniu Herthy mogło oniemieć niejednego. Podopieczni Luciena Favre fatalnie spisują się na początku sezonu. W pięciu konfrontacjach bowiem wygrali tylko jeden mecz, a aż cztery zakończyły się porażkami. Wydawać by się mogło, że rywalizacja ta w żadnym aspekcie nie ma prawa być ciekawa. Rzeczywistość była jednak inna.

Sensacyjny początek, a zarazem dramatu ciąg dalszy, w Berlinie miał miejsce w piątej minucie gry. Świetnym podaniem w okolice 11. metra popisał się Mohamadou Idrissou, gdzie zupełnie niepilnowany stał Ivica Banović. Ten ze spokojem przymierzył i trafił między słupki bramki strzeżonej przez Sasche Burcherta. W dziewiątej minucie szczęście mogło uśmiechnąć się do gospodarzy. Po uderzeniu z rzutu wolnego futbolówka tak pechowo odbiła się od muru, że zaskoczyła golkipera przyjezdnych. Ku uciesze graczy w czerwonych strojach minimalnie minęła ona jednak bramkę Simona Pouplina.
Cóż za fenomenalny pierwszy kwadrans gości, cóż za blamaż Herthy! Tak najkrócej można opisać początek spotkania. Kolejną doskonałą okazje na gola zamienili podopieczni Robina Dutta. Idealne prostopadłe podanie między obrońcami berlińczyków postawiło oko w oko z bramkarzem gospodarzy kongijskiego napastnika, Cedricka Makiadiego. Uderzeniem z pierwszej piłki snajper Freiburga podwyższył na 2:0. Wyraźne gwizdy pojawiły się już w 18. minucie gry. Trudno się jednak dziwić frustracji kibiców, bowiem Hertha stratą dwóch goli z początku meczu tylko dolała oliwy do ognia.
Grający od pierwszej minuty Artur Wichniarek w premierowej odsłonie nie miał okazji, by pokazać się swojemu szkoleniowcowi. Zespół grał bardzo źle, a piłek napastnicy gospodarzy nie dostawali prawie w ogóle. Z upływem każdej następnej minuty rozgoryczenie fanów zgromadzonych na stadionie rosło, tym bardziej, że Hertha jak gdyby nigdy nic rozgrywała akcje na własnej połowie.
Konsternacja na trybunach miała miejsce w 42. minucie, kiedy to goście prowadzili już 3:0. Akcje wybiciem z własnej bramki zainicjował golkiper drużyny „Breisgau-Brasilianer”. Po przedłużeniu zagrania, do piłki dopadł Mohamadou Idrissou, który w pojedynku jeden na jeden nie miał problemów z pokonaniem rywala i zwieńczył wszystko pięknym strzałem w długi róg. Zupełnie uzasadniona fala gwizdów, niecenzuralnych słów i gestów pożegnała piłkarzy z Berlina. Freiburg na boisku robił co chciał i zainkasował rywalowi trzy gole. Tylko cud mógł uratować „Die Alte Dame” od klęski w niedzielne popołudnie.









