Od zakończenia rozgrywek piłkarskich w Rosji minął prawie tydzień. Czas ten sprzyja pierwszym podsumowaniom ostatniego sezonu rozgrywanego w systemie jesień-wiosna. Warto więc w tym miejscu zastanowić się, kto wygrał, kto przegrał, kto zyskał, a kto stracił.
Za największego zwycięzcę należy uznać nowo mianowanego mistrza Rosji. Patrząc przez pryzmat całych rozgrywek zespół z północnej stolicy na wywalczony tytuł jak najbardziej zasłużył. Włodarze klubu z Sankt Petersburga poczynili wszelkie starania, by ich drużyna ponownie znalazła się na szczycie. Sprowadzony został doświadczony zachodni trener, Luciano Spalletti, który dość szybko przystosował się do warunków panujących w Premier Lidze i znalazł wspólny język z piłkarzami. Świetnie przeniósł standardy włoskie na rosyjski grunt, czego efektem było zarówno efektowna, jak i efektywna, gra jego podopiecznych. Siłą Zenitu okazała się przede wszystkim konsekwencja w dążeniu do celu. Czempioni odnosili seryjne zwycięstwa i notowali sporadyczne wpadki. Pod koniec pierwszej rundy wygrali aż osiem kolejnych spotkań, a w pierwszych 23 nie zaznali porażki, bijąc tym samym rekord należący do Lokomotiwu Moskwa. Dobra forma graczy Spallettiego znalazła odzwierciedlenie zarówno w Lidze Europejskiej, jak i w reprezentacji Rosji, w której wiodącą rolę jesienią odegrał Aleksandr Kierżakow.

Spośród tych, którzy sezon 2010 mogą uznać za udany, wyróżnić należy również CSKA Moskwa. Zmiany, jakie zaszły zimą i pod koniec poprzedniego sezonu w ekipie „Wojskowych”, nie napawały optymizmem. Nominacja na pierwszego trenera Leonida Słuckiego budziła wszechobecne kontrowersje. Tymczasem młody szkoleniowiec w stolicy największego kraju świata zbudował naprawdę niezłą drużynę. Co prawda, w pierwszej części rozgrywek jego podopieczni tak nie zachwycali, ale w drugiej w większości przypadków byli poza zasięgiem. Słuckiemu nie można też odmówić szkoleniowego nosa. Wicemistrzostwo jest przede wszystkim efektem świetnych transferów. Na początku Keisuke Honda, a potem Vagner Love, Seydou Doumbia i Zoran Tosić z miejsca stali się gwiazdami zespołu. Szczególnie wiele ciepłych słów należy kierować pod adresem Brazylijczyka, który wrócił po rocznym wypożyczeniu i od razu złapał wielką formę. Praca 39-letniego szkoleniowca daje nadzieję, że tytuł mistrzowski po 5,5 roku wróci do Moskwy.
Kogo natomiast należy uznać za największego przegranego obecnego sezonu? Na to określenie zdecydowanie najbardziej zasłużyło Dynamo. Nie ulega wątpliwości, że to ta drużyna poczyniła najbardziej szumne przygotowania do rozgrywek. Dokonano spektakularnych transferów, podopiecznymi Andrieja Kobieliewa zostali: Jurij Kiriłłow, Aleksandru Epureanu, Aleksandr Samiedow, Edgaras Cesnauskis i Andrij Woronin. Jak się okazało, na palcach jednej ręki można było policzyć tych, którzy nie zawiedli oczekiwań trenera. Sam szkoleniowiec stracił panowanie nad swoim teamem, czego efektem było pożegnanie się z Arena Chimki. Złe przygotowanie zawodników do sezonu sprawiło, że jego następca, Miodrag Bożović, nie był w stanie poskładać wszystkiego do kupy. Nie udało mu się wyprowadzić drużyny na właściwe tory, mimo kolejnych transferów. Kevin Kuranyi, Martin Jakubko czy Tomislav Dujmović nie odmienili oblicza „Biało-niebieskich”. Dało to Dynamu zaledwie siódme miejsce, a Czarnogórzec nie ma pewności, czy w następnym sezonie nadal będzie pracować w klubie.
Do przegranych należy zaliczyć również dwóch innych moskiewskich gigantów. Nie popisali się zarówno gracze Spartaka, jak i Lokomotiwu. Czwarte miejsce „Czerwono-białych” określić należy raczej jako brak trenerskiego doświadczenia u opiekuna drużyny Walerego Karpina. Znakomity niegdyś piłkarz uznał najwyraźniej, że skoro jego zespół świetnie spisał się przed rokiem, to teraz powinno być już tylko lepiej. Wzmocnienia okazały się kosmetycznymi, a młody szkoleniowiec przekonał się, jak trudna jest jego profesja. Doprowadzenie do wicemistrzostwa klubu w formie, której fundamenty zbudował jeszcze Michael Laudrup, większym problemem nie było. Jednak jego praca daje nadzieję na lepsze rezultaty. Natomiast działalność Jurija Siomina w Lokomotiwie można określić jako totalną klapę. Zespół grał źle, wolno, przewidywalnie, nieskutecznie, a gdyby nie Ołeksandr Alijew, „Parowoz” znalazłby się pewnie tuż nad strefą spadkową. W końcówce „Loko” seryjnie zdobywało punkty, lecz jego głównymi ofiarami padały teamy pogrążone w kryzysie. Siomin pewnie spodziewał się wręczonej mu w poniedziałek dymisji, co może mu ułatwić przejęcie Dynama bądź reprezentacji Ukrainy.
W tym wszystkich trudno jest jednak określić, gdzie sklasyfikować ustępującego mistrza kraju, Rubin Kazań. Z jednej strony można podopiecznych Kurbrana Bierdyjewa określić jako przegranych. Praktycznie szanse na mistrzostwo były już przez nich stracone na pięć kolejek przed końcem rozgrywek. Kazańczycy zaliczali mnóstwo głupich wpadek, niepotrzebnych remisów i wstydliwych porażek. Źle przeprowadzone były również w zespole ze stolicy Tatarstanu transfery. Pozbyto się najlepszych graczy – Siergieja Siemaka i Aleksandra Bucharowa i tak naprawdę nikogo nie sprowadzono w ich miejsce. O Aleksieju Miedwiediewie, Siergieje Kornilence i Obafemim Martinsie można powiedzieć tyle, że grali, ale tego, co prezentowali, lepiej nie komentować. Podobnie sprawa ma się z występami Rubinu w Lidze Mistrzów. Jednak trzeba przyznać, że trzecia lokata w Premier Lidze to było wszystko, co dało się wycisnąć z tej ekipy. We wcześniejszych dwóch sezonach kazańczycy zdobywali mistrzostwo, wcale nie dysponując najsilniejszym składem. Tym razem kadra była o wiele słabsza i gorzej przygotowana, a mimo to drużyna pokazała charakter i zaszła naprawdę wysoko. Rubin jest perspektywiczną drużyną nie bez szans na kolejne tytuły. Dlatego przyporządkowanie go do zwycięzców czy przegranych w tym momencie sprawia sporo problemów. Właściwie to działacze klubowi sami powinni sobie odpowiedzieć na pytanie, czy sezon 2010 był sukcesem, czy porażką.