Szybko, łatwo i przyjemnie – tak w jednym zdaniu można opisać zwycięstwa Wisły i Legii w spotkaniach z odpowiednio Ruchem i Lechią. Powrotu do Białegostoku nie będzie miło wspominać Artur Płatek. Starsi kibice Górnika zastanawiają się, kiedy i czy w ogóle ich pupile nawiążą do świetnych lat w historii klubu. Na razie znajdują się (prawie) na samym dnie ligowej tabeli. 11. kolejka Ekstraklasy za nami.
Mecz z PGE GKS-em Bełchatów miał odpowiedzieć wszystkim związanym z Górnikiem Zabrze na pytanie, czy kryzys został z Górnego Śląska wypędzony, czy też wygrana z Łódzkim Klubem Sportowym była raczej dziełem bardziej przypadku niż wielkiej formy. Czternastokrotni mistrzowie Polski przegrali po frajersku – w 66. minucie (przy stanie 2:1 dla miejscowych) Dariusz Pietrasiak obejrzał czerwony kartonik. Mimo to kompani Pawła Janasa podnieśli się z kolan, dwukrotnie pokonali Michala Vaclavika i do domu wracają z pełną pulą. A Górnik? Będzie walczył, jak powiedział Henryk Kasperczak, o utrzymanie.

Stadion przy Roosevelta w niedzielne popołudnie odwiedziło aż 15 tysięcy kibiców, więc przegrać nie wypadało. I rzeczywiście – zabrzanie byli bardzo zmotywowani, to oni stworzyli pierwszą sytuację do objęcia prowadzenia– strzał głową Tomasza Zahorskiego po dośrodkowaniu Mariusa Kizysa bez trudu obronił Krzysztof Kozik. Kilka minut później Łukasz Garguła popisał się bardzo ładnym zagraniem – widząc oddalonego od bramki Vaclavika próbował tzw. lobu, jednak futbolówka zatrzymała się na poprzeczce. W 28. minucie znalazła już drogę do siatki – ponownie czapki z głów przed Gargułą, który idealnym podaniem obsłużył Dawida Nowaka, a ten ładnym zwodem położył czeskiego bramkarza i dopełnił formalności. Na naganę zasługują zabrzańscy defensorzy – skupili się na rozgrywającym GKS-ie, zapomnieli o egzekutorze. Za to trzy minuty później na złoty medal spisała się ofensywa Górnika – Jerzy Brzęczek podał do Przemysława Pitrego, absorbując rywali i zagrał do niepilnowanego Grzegorza Bonina, który trafił w okno bełchatowskiej bramki.
Były w tym meczu fragmenty, które można by nazwać marazmem, lecz były też akcje, których nie powstydziłaby się Liga Mistrzów. Pierwszy kwadrans drugiej połowy to właśnie marazm, jednak później wiatr w żagle złapali zabrzanie – najpierw w poprzeczkę uderzył Przemysław Pitry, następnie rzut wolny na bramkę zamienił Piotr Madejski, a chwilę potem bliski szczęścia był Mariusz Magiera. Kiedy w 66. minucie Dariusz Pietrasiak obejrzał czerwoną kartkę, wydawało się, że drugie zwycięstwo z rzędu (a trzecie w ogóle) jest na wyciągniecie ręki. Nic bardziej mylnego – GKS przeprowadził dwie akcje, które odwróciły losy tej batalii. 75. minuta – Dawid Nowak faulowany w polu karnym przez Magierę; z 11. metrów skutecznie przymierzył Mariusz Ujek, a dziesięć minut później 14-krotnego triumfatora rodzimej ekstraklasy pogrążył Łukasz Garguła.











