W ostatnich tygodniach niektóre kluby Premier League postanowiły skorzystać z państwowego programu ochrony miejsc pracy w czasie kryzysu. Pensje części zatrudnionych osób spoza pionu sportowego miały zostać obniżone, a różnice wyrównałby brytyjski rząd. Działania te momentalnie spotkały się jednak z olbrzymią krytyką. Oburzeni byli kibice oraz medialni eksperci. Ostatecznie zmuszając tym samym władze Liverpoolu i Tottenhamu Hotspur do przeprosin oraz wycofania się z kontrowersyjnego pomysłu.
Przedłużający się rozbrat z futbolem coraz bardziej negatywnie oddziałuje na finanse klubów. Brak zysków z dni meczowych sprawia, że konieczne są oszczędności, by choć w części zminimalizować straty. Idealnym (z perspektywy klubów) rozwiązaniem wydawała się obniżka pensji zawodników na czas kryzysu. Graczy zarabiających często olbrzymie tygodniówki. Z punktu widzenia niektórych piłkarzy idea była jednak co najmniej kontrowersyjna.
Nie wszyscy pozytywnie zapatrywali się na inkasowanie niższych sum od kwot zapisanych w kontrakcie. To po części nie może dziwić, gdyż do tematu obniżki pensji każdy z graczy może podchodzić indywidualnie. Na warunki w umowie zgodziły się przecież obie strony. To, co dziwić jednak może, to szukanie oszczędności przez niektóre kluby poza pionem sportowym. U pracowników pobierających znacznie mniejsze od piłkarzy pensje, co okazało się ostatecznie strzałem w kolano.
Jak kibice nałożyli pressing na kluby
Ogłoszenie przez władze Liverpoolu decyzji o postanowieniu skorzystania z rządowego programu ochrony miejsc pracy i obniżce pensji części zatrudnionych osób niezwiązanych bezpośrednio z pionem sportowym wywołało lawinę negatywnych komentarzy. Kibice „The Reds” byli oburzeni zachowaniem swojego klubu, którego finanse znajdują się przecież w najlepszej kondycji od dobrych kilkunastu lat. Irytacji działaniami władz zespołu z Anfield Road nie ukrywali ponadto eksperci, a także byli zawodnicy Liverpoolu.
Z próby zaoszczędzenia nieznacznych przecież w skali transferowych sum czy astronomicznych tygodniówek kwot wyszedł wizerunkowy strzał w kolano. Momentalnie zaczęto przypominać wydatki klubu na wzmocnienia i powątpiewać w kierowanie się przez władze Liverpoolu hasłem „You’ll never walk alone” (nigdy nie będziesz szedł sam – przyp. red.). Jednak jakby tego było mało, nieumiejętnymi działaniami zarządzający „The Reds” ustawili się w jednym rzędzie z Danielem Levym z Tottenhamu Hotspur czy znienawidzonym przez własnych kibiców właścicielem Newcastle United, . A przynajmniej drugi z biznesmenów wizerunkowo nie jest najlepszym towarzystwem.











