Możesz nie przepadać za jego charakterem lub możesz nie być fanem jego talentu. Możesz krytykować jego kolor włosów lub nie szanować go za wybór Manchesteru City. Ale jednej rzeczy się wystrzegaj: nie mów, że po boiskach Premier League (o ile nie na całym świecie) biega lepszy prawonożny asystent. I to taki z prawdziwego zdarzenia, który w swojej najlepszej dyspozycji potrafi osiągnąć astronomiczną liczbę dwudziestu asyst w jednym ligowym sezonie. Kevin De Bruyne jest jedyny w swoim rodzaju i pod kątem kreatywności oraz (co ważne) przekładania jej na rzeczywiste liczby zbliża się do poziomu Lionela Messiego. Obecną kampanię rozpoczął fenomenalnie, w związku z czym rodzi się pytanie: czy to będzie sezon życia „Rudego z City”?
Co łączy „Kevina samego w domu” z „Kevinem samym na Etihad”? Bingo! Kreatywność. Obaj potrafią wymyślać niesłychane sposoby na pokonanie rywala i obaj są nadzwyczajnie chytrzy w swoich działaniach. Co ważne, cechuje ich również skuteczność, bo tak jak Kevin w wydaniu filmowym demolował pułapkami prześladujących go rzezimieszków, tak Kevin w wydaniu piłkarskim demoluje obrońców drużyny przeciwnej zabójczymi podaniami w pole karne. Kibice Premier League tę zależność doskonale znają, gdyż jeszcze całkiem niedawno była ona na porządku dziennym. Sezony 2016/2017 i 2017/2018 były tego doskonałym potwierdzeniem, bo wówczas nasz tytułowy bohater dzielił i rządził, notując kolejno 19 i 16 asyst (wyłącznie!) na boiskach angielskiej ekstraklasy.
David Beckham i Steven Gerrard są jednymi z najlepiej dośrodkowujących piłkarzy (z prawej strony) w historii Premier League, jakich widziałem. Kevin De Bruyne osiąga ich poziom pod względem jakości, jaką dostarcza Gary Neville
Szanuj Kevina swego jak siebie samego
Przygoda belgijskiego pomocnika w barwach „Obywateli” już od samego początku zmierzała w naprawdę świetnym kierunku. Co kluczowe, wyznaczonym przez dobrze nam znanego hiszpańskiego wizjonera, który co jak co, ale zaprowadzać swoich podopiecznych na wyżyny potrafi doskonale. Pep Guardiola wyciągał z De Bruyne’a wszystko, co w nim najlepsze, a mimo to śmiało można było powiedzieć, że to i tak nie jest jego maksimum. Ale niestety… Jak to w życiu piłkarza bywa, pewnych rzeczy przeskoczyć się po prostu nie da. Momentem zwrotnym w karierze gwiazdy City była oczywiście kontuzja, która przekreśliła dobre wejście w sezon 2018/2019 i podtrzymanie niebotycznej formy na przestrzeni dwóch ostatnich lat.
https://twitter.com/mindfootballne1/status/1164167305267417088?s=19
Co znamienne, a zarazem bardzo przykre, piłkarz takiego kalibru musiał przesiedzieć w gabinetach lekarskich aż 156 dni na przestrzeni niespełna dziewięciu miesięcy. I może to nie byłby większy problem, gdyby uraz był jednorazowy, ale niestety: przerwy w grze trapiły Kevina pięciokrotnie, w wyniku czego poprzednia kampania musiała zostać spisana na straty. De Bruyne wystąpił „jedynie” w 32 spotkaniach we wszystkich rozgrywkach (6 goli, 11 asyst). I te liczby mimo wielu absencji niektórym mogą wydawać się godne pochwały, ale tylko z pozoru. Wystarczy zajrzeć do średniej minut na mecz (57,2), by zrozumieć, że „KDB” był jak rajdowy samochód na ulicach małego miasteczka, w którym na osiągnięcie optymalnej prędkości nie pozwalały liczne czerwone światła.










