Nie chodzi nam wcale o rozgrywki jakiejś wiejskiej ligi, ale o „Wieśniaków” z Bundesligi. W dziesięciu meczach Hoffenheim padło 38 bramek! To najlepszy wynik w Bundeslidze. Wyglądałoby to pewnie jeszcze bardziej okazale, gdyby nie spotkanie z lubującym się w bezbramkowych remisach Augsburgiem. Jednak po kolei.
Już po pierwszych meczach było wiadome, że ten sezon w wykonaniu Hoffenheim będzie bardzo ciekawy. Siedem bramek w sześciu spotkaniach, w tym sześć goli straconych. Rywale kręcili obrońcami „Wieśniaków” lepiej niż Rafał Maserak partnerkami. W ataku z kolei nie działo się nic.
Co pozostało Markusowi Babbelowi? Modyfikacje taktyczne. Holender więc tu pozmieniał, tam poprzestawiał i skończyło się niesamowitym pojedynkiem, w którym padło osiem goli. Zaczęło się dobrze, bo w 2. minucie Hoffenheim objęło prowadzenie. Skończyło się zwycięstwem Freiburga. Wise wrócił przed szóstą, w obronie więc z meczu na mecz coraz gorzej, ale w ataku widać było pewne poruszenie. Całą ofensywę rozruszał Takashi Usami, który zdobył trzecią bramkę dla swojego zespołu. Nieźle wyglądał też Joselu, który zmienił drewnianego Derdiyoka.
Szwajcarski napastnik w kolejnym meczu już nie wyszedł w pierwszym składzie. I dobrze, bo odkąd gra mniej, to ofensywa zespołu z Sinsheim wygląda o niebo lepiej. Nie zagrał też Wiese, któremu trener widocznie chciał pokazać, że za zasługi się u niego nie występuje. Decyzja była bardzo dobra, bo w kolejnych trzech spotkaniach Casteels dał się pokonać tylko raz i to swojemu koledze z drużyny. Co prawda potem puścił dwie bramki z Bayernem, ale decyzja Babbela o powrocie Wise do pierwszego składu i tak wydaje się niezrozumiała.
Spotkanie „Wieśniaków” po raz kolejny dostarczyło wiele emocji. Tym razem podejmowali beniaminka z Fürth. Trzy z sześciu bramek padły w ostatnich sześciu minutach, pełnie swoich umiejętności w końcu pokazał Joselu, a sam pojedynek zakończył się remisem. Kolejny mecz obfitujący w gole na pewno podobał się fanom, zawodnikom niekoniecznie.
Wiese to w ogóle lubi dostawać trójki. Ewentualnie piątki. Szalaia stać było „tylko” na hat-tricka, więc były bramkarz Werderu musiał się tym zadowolić. Nie licząc ostatniej kolejki, w pięciu spotkaniach Wiese puścił 17 (słownie: siedemnaście) goli. Casteels w czterech stracił tylko trzy, w tym dwa z Bayernem i jednego zdobytego przez obrońcę Hoffenheim. Ale i tak w kolejnym meczu zagrał Wiese. Choć trzeba przyznać, że do jego zatrważających statystyk swoją cegiełkę, a raczej cały ceglany mur, dołożyli obrońcy, którzy dawali się ogrywać beniaminkom z Frankfurtu i Fürth oraz nie potrafili zatrzymać piłkarzy Freiburga ani Szalaia.
Sympatycy podopiecznych trenera Babbela mogli więc tylko drżeć o to, ile bramek wpakują Huntelaar i spółka. Wiese przypomniał sobie jednak, jak powinien bronić klasowy i doświadczony golkiper, a koledzy z zespołu powinni go na rękach nosić. Tak samo jak swojego trenera, który wpuścił na boisko Schipplocka, a ten minutę później odpłacił się zwycięskim golem. I po kolejnym niesamowitym spotkaniu z pięcioma bramkami Schalke wyjechało z Hoffenheim bez punktów, co przed meczem wydawało się tak realne jak utrzymanie ŁKS-u w poprzednim sezonie.








