W 29. kolejce stało się coś, na co czekały całe piłkarskie Niemcy, Europa, a może i świat. Pytanie: kiedy Bayern w końcu przegra w lidze? Już mamy odpowiedź.
Kiedyś musiała nadejść ta kolejka, kiedy zakończy się ten morderczy maraton Bayernu bez porażki. Padło na 29. kolejkę Bundesligi, w której to „Bawarczycy”, już z paterą pod pachą rozgrywali mecz z Augsburgiem, czyli ósmą drużyną w tabeli, która ma na swoim koncie prawie dwa razy mniej punktów. Każda seria kiedyś się kończy i w zasadzie można by przejść obok tej sytuacji spokojnie, bezrefleksyjnie – takie nic. Mała przegrana po tylu kolejkach to pryszcz, wszak to już pewny mistrz Niemiec.
Moim zdaniem, problem jednak jakiś jest, ponieważ dawno nie widziałem Bayernu, który grał w taki sposób. Zero koncepcji, ataki mające na celu wejście do bramki z piłką. Jeden gorszy mecz o niczym nie świadczy, jednak jeśli przeciwko mizernej ekipie Manchesteru United „Bawarczycy” nie potrafili rozpiąć swoich skrzydeł i rozdawać kart od początku do końca i mówić co, gdzie i jak się dzieje na boisku, to ja m się zastanawiać, czy przypadkiem do obozu drużyny z Monachium nie wdziera się szczypta kryzysu. Porażka z Augsburgiem została odebrana z takim lekkim uśmiechem na twarzy i okrzykiem: No w końcu…ileż można (tutaj zazwyczaj był ten uśmiech).
Do paniki jeszcze mi daleko, bo co miałaby powiedzieć w podobnej sytuacji Wisła Kraków, która od sześciu meczów nie zwyciężyła, a jest w górze tabeli. Zalążek problemu jednak widzę: nawet jeśli porzucić te wyniki ostatnich meczów, a spojrzeć tylko na grę, to ja nie zauważam fajerwerków w ekipie Pepa Guardioli. Widzę raczej drużynę, która ma w głowie zaprogramowane zwycięstwo, ale brakuje jakiegoś sterownika. System podpowiada, że mecz tak czy inaczej zostanie wygrany. Nie ma innej opcji, przecież to MY – Wielki Bayern, który nie ma prawa przegrać. Jednak stało się, ta kapitalna drużyna straciła punkty. Dlaczego zauważam problem? Bo liczyłem na to, że Bayern w Lidze Mistrzów zdeklasuje rywali, pokaże, że ta dominacja to już trwały, zakorzeniony twór w europejskiej piłce nożnej – a obecnie mam wątpliwości, czy aby na pewno tak będzie. Guardiola wie co zrobić, żeby maszynka nadal działała, ale mam wrażenie, że pewne podzespoły być może nie wytrzymują powoli tempa całego zamieszania.
Informacją tygodnia na niemieckich boiskach było zwolnienie Samiego Hyppii ze stanowiska trenera pierwszej drużyny w Bayerze Leverkusen. Swoją drogą wytrzymać tak długo, dostać tak wiele szans od pracodawcy, to nie zdarza się często. W T-Mobile Ekstraklasie przy takiej rundzie wiosennej mogłoby już wylecieć może nawet trzech trenerów, a tu tylko Hyppia. Dla Bundesligi to mimo wszystko może być trochę szkoda, jeśli Fin zacznie szukać pracy w innym kraju. Co jak co, ale były defensor Liverpoolu to mimo wszystko ikona, wielka postać w klubie. Myślę że Hyppia powinien dłużej przyglądać się wielkim trenerom tuż zza ramienia, a dopiero po kilku sezonach samemu zająć się trenerką, ponieważ trąci tutaj jakąś wpadką przygotowawczą w przerwie między rundami.
Słowo o Lidze Mistrzów, ponieważ dwie najlepsze ekipy Bundesligi są ćwierćfinalistami. We wtorkowy wieczór, niestety, po wyniszczającym starciu Borussii Dortmund z Realem Madryt, odpadła ta pierwsza drużyna. Podopieczni Juergena Kloppa wspięli się na Mount Everest swoich możliwości, ale okazało się, że to jednak trochę za mało. Gdyby jednak Mkhitaryan wykorzystał choć jedną ze swoich stuprocentowych sytuacji, to zapewne z Dortmundzie dziś wielu przyszłoby do pracy z potwornym bólem głowy wywołanym nadmiarem spożytego piwa podczas fetowania awansu do półfinału. Wielkiej radości nie było, ponieważ w końcu się nie udało, jednak kibice BVB mogą być dumni ze swoich pupili, gdyż ci zostawili tak wiele serducha na boisku, że aż chciało się tę dogrywkę oglądać tylko po to, żeby ten mecz zwyczajnie dłużej potrwał bez względu na wynik. Co ciekawe, Borussia absolutnie spisana na straty przed tym pojedynkiem pokazała, że jeszcze pamięta, jak grać, żeby rywal nie miał ani centymetra miejsca. Podobno gracze „Żółto-czarnych” przebiegli ok. 125 km – przy 110 km „Królewskich”. Wielka szkoda, że to już koniec drużyny z Dortmundu w Lidze Mistrzów, ale powiadam – wstydzić się fani BVB nie mają czego…








