Piłka nożna jest nieprzewidywalna. To stwierdzenie tak samo prawdziwe, jak i banalne. Kiedy drużyna kontynuuje serię zwycięstw, wszyscy sprawdzają jej terminarz i oczekują na pojedynki z gigantami. Często szczęśliwa passa kończy się jednak w najmniej spodziewanym momencie.
Nie tak dawno skończyła się kapitalna seria Borussii Dortmund. Podopieczni Jürgena Kloppa przegrali 18 września 2011 roku. Po dwóch bramkach w ostatnich pięciu minutach ponieśli porażkę 2:1 z Hannoverem 96. Od tego czasu, licząc tylko Bundesligę, nie znaleźli swojego pogromcy. Ten stan trwał przez kolejne 30 spotkań. BVB nie przegrało z Bayernem, Schalke, Hannoverem czy rewelacjami poprzedniego sezonu – Borussią M’Gladbach i VfB Stuttgart. Mistrzowie Niemiec polegli w meczu z Hamburger SV. Owszem, ta drużyna ma ogromny potencjał, ale początek sezonu miała fatalny. HSV ściągnęło brakujący element układanki w postaci Rafaela van der Vaarta. Nie powinno to jednak w aż tak znaczący sposób wpłynąć na spotkanie z Dortmundem. To goście byli faworytami. Ostatecznie Heung-Min Son do spółki z van der Vaartem poprowadzili swoich kolegów do wygranej i w ten sposób po 31 meczach bez porażki w Bundeslidze mistrzowie Niemiec w końcu schodzili z boiska pokonani.
Po przerwaniu tej serii Borussia pojechała do Frankfurtu, aby porażkę odbić sobie na rewelacyjnym w tym sezonie Eintrachcie. Eintrachcie, który przed tą kolejką miał komplet punktów. Co prawda passa „Orłów” nie była tak imponująca jak ich rywali, ale pięć zwycięstw w pięciu meczach w wykonaniu beniaminka zwróciło uwagę wszystkich zainteresowanych Bundesligą. Kogo między innymi pokonał Eintracht? Staczający się z sezonu na sezon Bayer, a przede wszystkim… HSV, które w składzie miało już van der Vaarta. Piłkarzom z Frankfurtu udało się to, co nie udało się rywalom z Dortmundu. Przebiegu samego meczu pomiędzy Eintrachtem a Borussią nie trzeba specjalnie przypominać. Po pierwszych 45 minutach gospodarze przegrywali 0:2, żeby po dziewięciu minutach drugiej połowy doprowadzić do remisu. Ostatecznie wynik zatrzymał się na 3:3, a samo spotkanie zapewne będzie kandydowało do jednego z najlepszych w sezonie.
Eintrachtu nie pokonał Bayer, rady nie dali również zawodnicy z Hamburga i Dortmundu. „Orły” blisko porażki były już w meczu z Freiburgiem. Wtedy Meier najpierw oddał strzał życia, a potem w szczęśliwych okolicznościach dał swojemu zespołowi zwycięstwo. Roman Kołtoń, spytany po tym spotkaniu, kiedy passa Eintrachtu może się skończyć, odpowiedział: – Trudno powiedzieć, kiedy Frankfurt przegra. Wystarczy spojrzeć, z kim ostatnie dwie porażki poniosła Borussia Dortmund. Hannover i Hamburger to nie są potentaci niemieckiego futbolu. Nie patrzę nawet na najbliższych rywali Eintrachtu, ale słabszy czas musi przyjść. To beniaminek, bardzo mocno przebudowany, który bazuje na euforii. Wiele zespołów w Niemczech ma lepsze kadry.
Eintracht nie doczekał niepokonany na mecze z Bayernem czy nawet z Hannoverem, który odbędzie się w przyszłym tygodniu. Jego pogromcą okazała się Borussia M’Gladbach. „Źrebaki”, które były rewelacją poprzedniego sezonu, początek bieżącego raczej do udanego nie mogą zaliczyć. Grały kiepsko i zdobywały mało punktów. Również w ostatnim meczu to Frankfurt był drużyną lepiej wyglądającą na boisku. Borussia wykorzystała jednak dwa błędy rywali i przerwała świetne wejście „Orłów” do Bundesligi.








