Anglię czeka niemiecki najazd. Nie brzmi to może zbyt szczęśliwie, ale takie są fakty. Dość powiedzieć, że Borussia Dortmund otrzymała niemal pół miliona zamówień na bilety na finał Ligi Mistrzów!
To miało być wielkie święto angielskiego futbolu. W 150. rocznicę powstania Angielskiego Związku Piłki Nożnej finał Ligi Mistrzów rozegrany miał zostać na Wembley, mekce futbolu. Oczywiste jest, że wszyscy w kraju liczyli na przynajmniej jednego (a najlepiej dwóch) reprezentanta w finale. Gdy wszyscy brytyjscy przedstawiciele odpadli z Champions League, większość liczyła na Gran Derbi, ostateczne starcie pomiędzy Realem a Barceloną, które pokaże wyższość jednego z zespołów. Spełnił się jednak najmniej spodziewany, a najgorszy dla Anglików scenariusz. W finale Ligi Mistrzów na ich ukochanym Wembley zagrają dwie niemieckie drużyny. Jednocześnie dla Niemców będzie to piękne ukoronowanie jubileuszowego, 50. sezonu Bundesligi. Najzdrowsza liga świata zbiera plony mądrych decyzji podjętych w przeszłości i już teraz jest stawiana jako wzór. Pierwszy raz od 2001 roku tytuł najlepszej klubowej drużyny Europy trafi do naszych zachodnich sąsiadów.
Wracam już jednak do głównego tematu, bo to przecież Komentarz do Bundesligi, więc nieco o minionej kolejce. A w tej zmierzyli się ze sobą właśnie finaliści Ligi Mistrzów. Skończyło się remisem 1:1, ale nie to jest najważniejsze. Trzeba jednak napomknąć, że w rezerwowym składzie i, grając przez pół godziny w dziesiątkę (przeciw 14, jak stwierdził Matthias Sammer), Bayern nie dał się pokonać Borussii, w której grało siedmiu podstawowych zawodników. Faworytem 8 maja będą więc monachijczycy? Niezupełnie. Co prawda dwa najważniejsze mecze z Borussią, czyli w Superpucharze Niemiec i ćwierćfinale Pucharu Niemiec wygrali, ale z przewagą tylko jednego gola (2:1 i 1:0). W lidze dwukrotnie padł remis 1:1. Należy przy tym pamiętać, że podopieczni Jürgena Kloppa uwielbiają przystępować do meczu z pozycji zespołu skazywanego na porażkę.
W Dortmundzie zostały podłożone materiał wybuchowy i podpałka pod wielkie emocje na Wembley. Tam wystarczy jedna iskra, by to wszystko wybuchło. Wszystko zaczął Rafinha, czyli piłkarz, po którym raczej nie spodziewałbym się przejawów agresji. Brazylijczyk uderzył łokciem w twarz Jakuba Błaszczykowskiego (pomijam już, czy celowo, czy nie), a sędzia pokazał żółtą kartkę… kapitanowi reprezentantowi Polski. Wydaje się, że wsparł go sędzia techniczny, który wbrew przepisom obejrzał powtórkę i przekazał panu Gagelmannowi, że Rafinhi należy się kartka. Prawy obrońca Bayernu nie mógł się z tym pogodzić i, schodząc z boiska, dźgnął palcem w polik Błaszczykowskiego. Bardzo nie spodobało się to Kloppowi i między piłkarzem i trenerem wywiązała się wymiana zdań. We wszystko włączył się Matthias Sammer, czyli niegdyś świetny piłkarz BVB, a dziś dyrektor sportowy Bayernu, i interweniować ponownie musiał sędzia. Po meczu Sammer ironicznie pogratulował rywalom za to, że wywalczyli remis, grając w 14 przeciw dziesięciu.
***
Emocji nie zabrakło też w pozostałych spotkaniach. Do końca sezonu trwać będzie walka o utrzymanie. W sobotę Werder mógł już je sobie zapewnić. Pomógł sędzia, który już w 1. minucie podyktował rzut karny za faul poza „szesnastką”. Później trafił jeszcze belgijski talent, Kevin de Bruyne, i wydawało się, że Werder ostatnie dwie kolejki ze spokojem dogra. Nadzieje Hoffenheim na utrzymanie przywrócił Sven Schipplock, który wszedł drugiej połowie i to jego dwa gole w 85. i 90. minucie zapewniły „Wieśniakom” cenny punkt. Chciałbym zwrócić uwagę na pewien fakt. Tuż przed pierwszym golem na boisku pojawił się Assani Lukimya. Przez 85. minut Werder skutecznie się bronił, a po wejściu Lukimyi w pięć minut stracił dwa gole. Przypadek?








