W Polsce dziwiono się zwolnieniu Pavla Hapala po dwóch ligowych kolejkach. Okazuje się, że zarządcy klubów w Niemczech wcale nie są bardziej cierpliwi. Wczoraj z posadą pożegnał się Bruno Labbadia, a dużo mówi się o kolejnych zwolnieniach.
Labbadia to niegdyś niezły piłkarz, ale jako trener właściwie nic wielkiego nie osiągnął. Jego największym sukcesem jest awans do finału Pucharu Niemiec z Bayerem Leverkusen w 2009 roku. Z tym samym zespołem zajął dziewiąte miejsce i został zwolniony. Podobnie potraktowano go niecały rok później w Hamburgu, w którym również nie byli zadowoleni z osiąganych przez niego wyników. 12 grudnia 2010 roku został zatrudniony w VfB Stuttgart. Najpierw uratował klub przed spadkiem, by w kolejnym sezonie wywalczyć europejskie puchary, zaliczając kapitalną rundę wiosenną. Wydawało się, że wszystko będzie szło w dobrym kierunku, ale w którymś momencie coś się posypało. Co prawda Stuttgart dotarł do 1/8 Ligi Europy i finału Pucharu Niemiec, ale w lidze zajął dopiero dwunaste miejsce. Mimo to działacze zdecydowali się kontynuować współpracę z Labbadią. Nie na długo, bo po trzech kolejkach wycofali się z tego pomysłu.
Oprócz fatalnej postawie w lidze (Stuttgart jako jedyny zespół obok Brunszwiku nie wywalczył chociażby punktu) podopieczni Labbadii w kwalifikacjach do Ligi Europy najpierw omal nie skompromitowali się z Botewem Płowdiw (mieli lepszy bilans bramek na wyjeździe), a w kolejnej fazie przegrali pierwszy mecz z chorwacką HNK Rijeka. Byłego już trenera „Die Roten” można obwiniać przede wszystkim o niewykorzystanie potencjału ofensywnego. Jako jedyny nie zawodzi Ibisević. Ale już Traore, Abdellaoue, Harnik czy Leitner nie dają zespołowi tyle, ile powinni. Z drugiej strony ogromne problemy Stuttgartu w defensywie to nie do końca wina Labbadii. Z powodu kontuzji niemiecki szkoleniowiec nie mógł korzystać ze swoich dwóch podstawowych stoperów: Niedermeiera i Tasciego. Nie ulega jednak wątpliwości, że ambicje „Die Schwaben” są większe niż walka o utrzymanie. W związku z tym Labbadii podziękowano za współpracę, na jego miejsce zatrudniono Thomasa Schneidera, byłego piłkarza VfB, a ostatnio trenera drużyny U-17 tego klubu.
W kolejce do zwolnienia są następni. W Stuttgarcie postanowiono wstrząsnąć zespołem w nadziei na uratowanie europejskich pucharów. Inaczej postąpiono w Gelsenkirchen, które w lidze zdobyło zaledwie jeden punkt i tylko zremisowało pierwszy mecz z PAOK-iem Saloniki. Jens Keller swoją posadę zachował, ale jeśli dziś nie wygra, zapewne rozpoczną się poszukiwania jego następcy. W S04 również są problemy z obroną, ale nie chodzi o kontuzje, lecz o grę zawodników, którzy wyraźnie nie mogą zdobyć formy. Trzech niezłych środkowych obrońców (Höwedes, Matip, Santana) gra co i rusz w innym ustawieniu, fatalnie wygląda środek pola, z przodu najpierw na kilka tygodni wypadł Huntelaar (całe szczęście Schalke ściągnęło Szalaia), niepewny jest występ w Grecji Farfana. Jeśli Keller nie zostanie zwolniony jeszcze w tej rundzie, będzie to wielkie zaskoczenie.
Równie nieciekawie wygląda sytuacja Thorstena Finka. Nie ma on możliwości udowodnienia wartości swojego zespołu w europejskich pucharach, a w lidze wygląda to fatalnie. Podobnie jak Schalke HSV zdobyło tylko jeden punkt i straciło dziewięć bramek. O ile remis z Schalke można było jakoś zrozumieć, o tyle porażki z Hoffenheim (aż 5:1!) i Herthą mocno zagroziły posadzie Finka. Problemem nadal pozostaje gra obronna. Van der Vaart nie daje tyle, ile od niego oczekiwano. Do tego dochodzą niezrozumiałe wybory Finka. 45-latek ściągnął Jacquesa Zouę, a teraz okazuje się, że HSV poszukuje napastnika, mimo że na ławce dwa pierwsze mecze przesiedział najlepszy strzelec w poprzednim sezonie (obok Sona), Artjoms Rudnevs. Jeśli dodamy do tego plotki, według których nowym prezydentem hamburskiego klubu ma zostać Felix Magath, to wiemy już, że jeśli HSV szybko nie zacznie wygrywać, to Fink może zostać wyrzucony już w sobotę.










