Większość fanów niemieckiej piłki, spoglądając na tabelę, patrzy jedynie na jej górną część. Uważnie notuje pierwszą czwórkę, poświęca trochę czasu na kilka następnych miejsc, często zapominając o tych na dole. Główna uwaga mediów także skupia się na Bayernie Monachium, Borussii Dortmund czy Schalke Gelsenkirchen. Ludzie zapominają o „niszowych” klubach, które toczą niesamowitą walkę na śmierć i życie, walkę o utrzymanie w lidze. Tym zespołom także trzeba poświęcić trochę uwagi, naprawdę warto.
Zwłaszcza że w dolnej części tabeli jest bardzo ciasno. Różnica między 8. i 18. zespołem to zaledwie siedem punktów. Każdemu może się przytrafić kryzys czy zwyżka formy. Taki odstęp można pokonać w ciągu co najmniej trzech spotkań. Dlatego tak samo jak o mistrza w tej chwili bije się kilka drużyn, tak samo o ligowy byt będzie drżeć zdecydowanie więcej niż trzy, obecnie zamykające stawkę, zespoły.
Jak na razie dwa ostatnie miejsca należą do FC Augsburg i SC Freiburg. My skupimy się jednak na znajdującym się pozycję wyżej 1. FC Kaiserslautern. „Czerwone Diabły” to drużyna z tradycjami i piękną historią, wielokrotny mistrz kraju oraz triumfator Pucharu Niemiec, to klub z duszą. Niestety w ostatnich latach nie było zbyt różowo. W 2006 roku Kaiserslautern spadło na zaplecze Bundesligi, gdzie spędziło aż cztery sezony. Dopiero dwa lata temu klub wrócił tam gdzie jego miejsce, a zrobił to w imponującym stylu, kończąc minione rozgrywki na 7. miejscu. Niestety, po bardzo dobrym sezonie z drużyny odeszło kilku czołowych zawodników i w tegorocznej kampanii Kaiserslautern musi się bić o utrzymanie. Na półmetku podopieczni Marco Kurza zajmują 16. lokatę, ale już niedługo powinni wywindować się do góry…
Skąd ten optymizm? Pierwsze dwa spotkania po przerwie zimowej „Czerwone Diabły” zremisowały, lecz były to bardzo ważne remisy. Najpierw z mierzącym w puchary Werderem Brema, a później z bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie, Augsburgiem. Dwa trudne mecze, które pokazały, że Kaiserslautern jest w całkiem niezłej formie. A powinno być jeszcze lepiej. W ostatnich dniach klub solidnie się wzmocnił. Większość polskich kibiców kojarzy 19-letniego Jakuba Świerczoka, od początku otrzymującego olbrzymi kredyt zaufania od Marco Kurza. A już na pewno każdy słyszał o sadze transferowej związanej z Arielem Borysiukiem. Były już pomocnik Legii „co godzinę” zmieniał decyzję co do klubu, który zasili. Jedną nogą był w Niemczech, drugą postawił w Belgii, pojawiła się nawet opcja pozostania w Warszawie, ale ostatecznie 20-latek przyleciał do Kaiserslautern (słuszna decyzja), gdzie ma decydować o sile drugiej linii przez najbliższe cztery lata. Sporym wzmocnieniem powinni być także wypożyczeni: Wagner z Werderu Brema oraz Jørgensen z Bayeru Leverkusen. Obaj są młodzi, żądni gry i będą chcieli coś udowodnić swoim pracodawcom. Kaiserslautern może na tym naprawdę sporo zyskać, tak jak np. rok temu na wypożyczeniu Moravka.
Największym mankamentem drużyny jest ofensywa, najgorsza w całej lidze. Zaledwie 15 goli zdobytych w 19 spotkaniach sprawia, że przydomek „Czerwone Diabły” nijak nie pasuje do zespołu prowadzonego przez Marco Kurza. Ale z drugiej strony to się może niedługo zmienić za sprawą „naszego” Jakuba Świerczoka oraz wypożyczonego z Werderu Wagnera. Tak naprawdę, gdyby Kaiserslautern zaczęło regularnie strzelać, byłby to koniec problemów, bo defensywa wygląda naprawdę solidnie. Bilans 23 straconych bramek jest jednym z lepszych rezultatów w Bundeslidze i nic nie wskazuje, by to się miało prędko zmienić. Warto też dodać, że Kaiserslautern nie przegrało ligowego meczu od pięciu spotkań. Chociaż jeśli wspomnę, że w tych pięciu spotkaniach zgromadzili pięć punktów, łatwo można wywnioskować, że nie tylko dawno nie przegrali, ale dosyć długo czekają też na zwycięstwo.








