Przedstawiciele Bundesligi już zakończyli rozdział w europejskich pucharach i teraz niemieccy kibice mogą jedynie czekać na Puchar Niemiec. Odpadnięcie Bayernu z Ligi Mistrzów, to jednak bardziej złożona sprawa. Siła Bundesligi z poprzedniego sezonu dziś jest nieco mniejsza. Dlaczego?
No i stało się. Nie ma już niemieckich ekip w Lidze Mistrzów. Napisałem „już”, ponieważ każde inne rozwiązanie, jak brak awansu do finału Bayernu jest zaskoczeniem. Tym większy szok ogarniał widzów, kiedy na Allianz Arena „Bawarczycy” dostali łomot, jakiego na własnym stadionie nie otrzymali już długo. Wszyscy, którzy przyjechali do Monachium wspierać podopiecznych Pepa Guardioli, spodziewali się co najwyżej odwrotnego wyniku, aniżeli 5:0 w plecy.

Ja jednak nie uważam, że przegrana Bayernu jest zaskakująca. Może rozmiary robią jakieś większe wrażenie, ale porażka była do przewidzenia, ze względu na to, że Bayern od kilku kolejek Bundesligi jest cieniem tej ekipy, która niczym walec miażdżyła wszystko, co spotkała na swojej drodze. To już nie był zespół, który parł na bramkę rywali i bez większego kombinowania pakował gola za golem. Od jakiegoś czasu to zespół zmęczony, wypłowiały, wyeksploatowany i będący jakby w jakimś letargu.
Przegrany mecz z Augsburgiem, później aż 3:0 z odwiecznym rywalem Borussią Dortmund były przyjmowane z uśmiechem na twarzy, ponieważ wszyscy sądzili, że to typowa zasłona dymna, taka szansa, żeby odetchnąć po tym niesamowitym biegu po kolejne zwycięstwa. Prawda jest jednak taka, że nie ma czegoś takiego jak odpuszczanie. A już na pewno nie ma odpuszczania meczu z Dortmundem. To tak jakby Barcelona machnęła ręką na Real.
Co jest zatem powodem takiego marazmu wśród jednej z najlepszych drużyn na świecie? Jedni mówią, że kontuzja Thiago, który faktycznie był motorem napędowym „Bawarczyków”, potrafił kapitalnie podać czy równie pięknie sam strzelić gola. Niewątpliwie jego kontuzja trochę pokrzyżowała plany, ale z drugiej strony nie uwierzę w to, że jest to element, który jeśli wypadł, to automatycznie zawalił całą układankę. Bayern ma chyba jedną z najlepszych obstaw na ławce rezerwowych i Thiago mimo że fantastyczny, to jednak nie aż taki nie do zastąpienia (przynajmniej w jakimś stopniu).
Kolejny argument brzmiał: brak siły, zajechali się. Może coś w tym jest, ale zmęczenie w takim momencie oznaczałoby absolutną klęskę Guardioli, który źle oszacował możliwości zawodników. To byłby błąd w sztuce trenerskiej. Wydaje mi się jednak, że hiszpański szkoleniowiec popełnił błąd innego typu.
Kiedy Pep przychodził do Monachium wszyscy żartowali, że Schweinsteiger , Lahm i reszta będą grać titki-takę. Problem polega na tym, że trener Bayernu serio zaczął im zaszczepiać tę filozofie gry. Pamiętajmy jednak jedną rzecz, jeśli przełożymy silnik z Ferrari do Opla, to wcale nie musi być tak, że ten samochód nagle z max. 225 km/h zmieni osiągi na 350 km/h. O czym mówię? Nie można wziąć drużyny, przystawić jakiś szablon rozwiązania, odrysować i wyciąć na wzór poprzedniej. Barcelona to drużyna typowo hiszpańska, która miała w DNA dryg do posiadania piłki, do wzorowej techniki. Natomiast Bayern, czy raczej cała Bundesliga, to raczej filozofia zabiegania. W Niemczech już dawno uznano, że jeśli właśnie tacy Hiszpanie są fenomenalni technicznie, to nie dajmy im nawet pół metra przestrzeni na boisku. Biegajmy jakbyśmy nie mieli żadnych limitów i tym ich wykończmy. Efektem tego była chociażby ubiegłoroczna deklasacja, m.in. Barcelony.











