Bundesliga jest zdecydowanie lepsza od polskiej ekstraklasy, i to niemal pod każdym względem. Co do tego nikt nie ma wątpliwości. Tym razem znalazły się na to niezbite dowody.
Zacznijmy jednak może od tych, którzy na razie dają… ciała. Delikatnie mówiąc. Pomijamy Augsburg i Greuther Fürth, bo te dwie drużyny po prostu nie mają odpowiedniego potencjału, aby walczyć jak równy z równym z większością drużyn w Bundeslidze, i tylko najwięksi optymiści są w stanie postawić jakiekolwiek pieniądze na utrzymanie któregoś z tych zespołów. Po raz kolejny zawiódł Hannover. Podopieczni Mirko Slomki w poprzednim sezonie zajęli siódme miejsce i po starcie bieżącego wydawało się, że będzie jeszcze lepiej. Ba, głośno mówiono o tym, że są oni w stanie wmieszać się w walkę Bayernu, Borussii i Schalke o mistrzostwo! Tymczasem „Die Roten” nie potrafią sobie poradzić z Freiburgiem. Typowy średniak po prostu nie dał szans zespołowi, który miał bić się o podium. Na razie w Hannoverze muszą myśleć, co tu zrobić, aby ponownie zacząć wygrywać. Huszti ostatnio nie gra już tak dobrze, to i jego kolegom jest o wiele trudniej.

Ale to nie koniec! Lista podmiotów, które zawiodły, jest o wiele dłuższa. To, co w dwóch ostatnich spotkaniach wyczyniało Schalke, to jest dopiero powód do zmartwienia (oczywiście tylko dla fanów „Die Knappen”). O ile z Wolfsburgiem jeszcze się udało wyrwać trzy punkty (ponoć Draxler jako jedyny nie musiał kolejnego dnia robić dodatkowych pompek), o tyle już Bayer obnażył wszystkie słabości ekipy Huuba Stevensa. Okazało się, że recepta na drużynę z Gelsenkirchen jest banalnie prosta. Wystarczy dyscyplina taktyczna, intensywny pressing i Schürrle w świetnej dyspozycji. Na szczęście dla Schalke, Schürrle jest tylko jeden i nie będzie go nękał aż do kolejnej rundy. Skrzydłowy Leverkusen biegał wzdłuż, wszerz i był nieuchwytny dla zdziesiątkowanej kontuzjami defensywy Schalke. Goście byli kompletnie bez pomysłu na grę. A właściwie pomysł mieli, ale był strasznie prymitywny – chcieli za wszelką cenę wywieźć z BayArena remis. Zabrakło przede wszystkim siły, bo w niemal każdym pojedynku piłkarze Schalke byli wolniejsi.
Kto zawodzi najbardziej w Schalke? Oczywiście Jan-Klaas Huntelaar. Takiego braku profesjonalizmu się po Holendrze nie spodziewaliśmy… choć w sumie nie za bardzo wiadomo, czy mu się nie chce, czy po prostu nie może. Dość powiedzieć, że rok temu o tej porze, licząc Bundesligę i Ligę Europy, miał na swoim koncie 17 goli. Teraz ma ich zaledwie siedem, w tym aż cztery w Lidze Mistrzów. Brak Raula obok siebie czy kończący się kontrakt? Jeśli wzięlibyśmy pod uwagę drugą opcję, byłoby to bezsensowne zachowanie Holendra. Po pierwsze, Schalke dało mu bardzo dużo. To właśnie w Gelsenkirchen się odbudował po nieudanych przygodach w Realu i Milanie. Po drugie, kto będzie chciał podpisać kontrakt z 30-letnim napastnikiem, który nie strzela bramek? A jeszcze do niedawna mówiło się o zainteresowaniu Huntelaarem Chelsea…








