Jeszcze parę tygodni temu wydawało się, że sprawa mistrzostwa w Bundeslidze już jest rozstrzygnięta. Wszyscy pogodzili się z faktem, że tytuł wraca do Monachium i nawet ciężko było doszukać się jakichś głośniejszych sprzeciwów. Każdy mówił jasno i wyraźnie – Bayern jest poza zasięgiem reszty. Jednak czy po minionej kolejce, w której „Bawarczycy” przegrali z Hannoverem 96, a Borussia Dortmund rozbiła FC Koeln 5:0 i zbliżyła się do pierwszego miejsca na odległość zaledwie trzech punktów, dalej można tak twierdzić?
Najpierw poleciłbym wszystkim dokładne przyjrzenie się tabeli Bundesligi. Wystarczy krótki rzut oka, by stwierdzić, że jest ona bardzo spłaszczona. Zajmujące dwunaste miejsce Koeln ma tylko 4 punkty straty do czwartego VfB Stuttgart, ten jest dwa oczka za plecami drugiej Borussii Dortmund, którą jak już wspomniałem, od liderującego Bayernu dzieli równowartość jednego zwycięstwa. A za nami już dziesięć kolejek. Tymczasem najlepsze zespoły zdążyły zanotować po co najmniej 2-3 porażki. Czy to możliwe, żeby poziom ligi nagle, w ciągu jednego roku tak się wyrównał?
Po części tak. Poprzedni sezon należał do Borussii Dortmund, Bayeru Leverkusen, Hannoveru 96 i Bayernu Monachium. Przebłyski miewało też Schalke, Hoffenheim czy Koeln. Zawiodły natomiast takie zespoły, jak: Stuttgart, Wolfsburg i Werder Brema. A teraz jesteśmy w sytuacji, w której wszystkie z wyżej wymienionych drużyn grają bardzo dobrze, a do tego dochodzi jeszcze wracająca po rocznej banicji Hertha Berlin oraz rewelacja tegorocznych rozgrywek Borussia M’Gladbach. Nagle w czołówce zaczyna brakować miejsca dla wszystkich… Tak więc wystarczyło, by drużyny, które zawiodły w poprzednim sezonie, odzyskały formę, a te, które nie zawiodły, utrzymały swój poziom, by liga zrobiła się wyjątkowo ciekawa. Na pewno nie wszyscy będą w stanie do 34. kolejki prezentować się tak jak dotychczas i kilka ekip odpadnie znacznie wcześniej z rywalizacji o europejskie puchary. Ale wciąż możemy liczyć na jakieś osiem drużyn, które do końca walczyć będą o pierwsze sześć lokat. Myślę, że już dziś można się pokusić o taki prognostyk. Ostatki Bundesligi w tym sezonie będą naprawdę gorące.
Ale przydałoby się kilka argumentów, a nie tylko czyste spekulacje. Pierwszym z nich jest porażka Bayernu. Oczywiście, „Bawarczycy” musieli kiedyś stracić nie tylko bramkę, ale i punkty. Ale po serii zwycięstw w ostatnich tygodniach klęska pojawiła się jak grom z jasnego nieba i uświadomiła reszcie stawki, że w Monachium nie ma bogów, to tylko zwykli ludzie. Potwierdza to także podatność na kontuzje Robbena, którego absencja mocno obniża wartość zespołu. Każdy wiedział, że Bayern zacznie tracić punkty, ale nikt nie sądził, że nastąpi to tak szybko, a myślę, że gra na kilku frontach sprawi, że tego typu obrazki będziemy oglądać trochę częściej.
Kolejnym argumentem jest Borussia Dortmund. Dlaczego w poprzednim sezonie to w Westfalii cieszyli się z mistrzostwa? Ponieważ podopieczni Kloppa rozgrywali zaledwie jeden mecz w tygodniu. Szybko odpadli z Pucharu Niemiec, nie dali rady w Lidze Europy i mogli spokojnie gromadzić punkty na krajowym podwórku. Ten sezon Borussia zaczęła nie najlepiej, ale po 10. kolejce możemy śmiało powiedzieć, że kryzys ma już za sobą. Podopieczni Kloppa znów zachwycają w lidze, ale niestety, a może i stety, zawodzą na arenie międzynarodowej. Dlaczego stety? Załóżmy, że Dortmund podobnie jak przed rokiem pożegna się z europejskimi pucharami wcześniej, niż wszyscy zakładają. Zostałaby im wtedy walka tylko o mistrzostwo kraju i przy odrobinie szczęścia mogliby powtórzyć sukces z poprzedniego sezonu. W każdym bądź razie Borussia ostatnio prezentuje się w Bundeslidze bardzo dobrze i Bayern już czuje na plecach oddech podopiecznych Kloppa. W Dortmundzie, w przeciwieństwie do Monachium, nie ma jakiejś wielkiej presji, związanej z Ligą Mistrzów. I to może się okazać ogromnym atutem Borussii w walce o tytuł.








