W najciekawszym meczu dziewiątej kolejki spotkań Manchester City uległ na swoim stadionie stołecznemu Arsenalowi aż 0:3. Już szósty mecz z rzędu w pełnym wymiarze rozegrał polski bramkarz, Łukasz Fabiański.
Po tym, jak „The Citizens” zostali przejęci przez wschodni kapitał, Arsenal zaczął mieć problemy z łatwym ogrywaniem tego zespołu. Warto przywołać chociaż mecz z poprzedniego sezonu, kiedy „Kanonierzy” zostali solidnie skarceni, bo 2:4. Ten mecz miał wyglądać inaczej i to właśnie z takim nastawieniem przyjechali piłkarze gości.

Od pierwszego gwizdka, już po raz szósty z rzędu, w bramce Arsenalu stanął Łukasz Fabiański. Natomiast w błękitnej koszulce nie wyszedł żaden były gracz „The Gunners”. Kolo Toure zasiadł na trybunach, a „Ade” i Patrick Vieira mecz oglądali z wysokości ławki rezerwowych.
Pierwsza akcja gości przyniosła dobry efekt. Co prawda bramka nie padła, ale za brzydki faul na wychodzącym na czystą pozycję Chamakhu czerwoną kartkę obejrzał Boyata. Na szczęście dla gospodarzy przewinienie było na linii pola karnego, a bramka z rzutu wolnego nie padła. W 17. minucie po rzucie rożnym ponad poprzeczką główkował Djourou. Już niecałe pięć minut później, klepka Nasriego z Arshavinem wysunęła „Kanonierów” na prowadzenie.
Osłabieni gospodarze próbowali wychodzić z szybkimi kontratakami. Raz po strzale Teveza świetnie zachował się Fabiański. Przed przerwą za faul Kompanego na Fabregasie został podyktowany rzut karny. Świetny w tym sezonie Hart znów stanął na wysokości zadania i obronił strzał z wapna wykonywany przez hiszpańskiego kapitana gości.
Gra była bardzo chaotyczna, często przerywana. Szczególnie gospodarze grali ostro, bezkompromisowo. Arsenal próbował narzucić swój styl gry, jednak później dołączył do kopania po nogach. Najsłabszym graczem pierwszej połowy był niewątpliwie Johan Djourou, którego kilka błędów mogło się przyczynić do utraty prowadzenia.
Piłkarze wyszli na drugą połowę zmotywowani. „The Citizens” nie tracili wiary i próbowali pograć futbolówką, jak najdłużej przebywać na połowie Arsenalu. W 66. minucie Song pogrążył Harta i spółkę strzelając w samo okienko bramki z pola karnego. Mimo dwubramkowej przewagi, Arsenal nie cofnął się, choć momentami był spychany do obrony. Znów ze świetnej strony pokazał się polski bramkarz, dla którego był to najlepszy mecz z tych, które do tej pory rozegrał w tym sezonie.
Na dwie minuty przed końcem na 3:0 wynik poprawił Nicklas Bendther, który będąc oko w oko z angielskim bramkarzem skutecznie posłał piłkę w kierunku długiego słupka. „Kanonierzy” w końcu wygrali mecz przeciwko drużynie solidnej, jednak nie wiadomo, jak gra potoczyłaby się, gdyby nie czerwona kartka już w 5. minucie spotkania.










