Gdy zabrzmiał końcowy gwizdek ostatnich mistrzostw Europy, spora część komentatorów podkreślała, że wkraczamy w zupełnie nowe czasy dla naszego futbolu. Trzydzieści kilka lat oczekiwania na zespół, z którym znów liczą się wszyscy, dodatkowo wsparty coraz silniejszymi klubami chętnymi płacić za Polaków wielomilionowe kwoty. Do eliminacji mundialu przystąpiliśmy trochę jak do przykrego obowiązku faworyta, w głębi ducha śniąc już o triumfach na wrogiej rosyjskiej ziemi. Pierwsze półrocze 2016 roku upłynęło nam pod znakiem wstrzymywania oddechu. Każdy skurcz przepony wywoływał przecież nabrzmienie i tak do granic napompowanego balonika. Sęk w tym, że w czasie Euro nic nie pękło, mało tego, nasze ego znów zostało połechtane, nie przegraliśmy przecież ani jednego meczu, ulegając późniejszemu triumfatorowi dopiero w rzutach karnych. Budząc się w nowych realiach, podopieczni Adama Nawałki musieli przyzwyczaić się do zupełnie nowej dla tej drużyny roli. Jeszcze niedawno „czarny koń”, teraz już faworyt. Co więcej, długimi momentami „Biało-czerwoni” grają jak na faworyta właśnie przestało.
Mania wielkości czy kompleks przeszłości?
Dwa ostatnie spotkania reprezentacji Polski przypominały wybitny rollercoaster. Kazachstan, tutaj od pierwszej minuty rzuciliśmy się na rywala, szybko wbiliśmy dwa gole, wybijając przy tym gospodarzom z głowy jakiekolwiek plany sprawienia niespodzianki. Do czasu… Permanentne rozkojarzenie, głupie indywidualne błędy i zespół nie do poznania zobaczyliśmy w drugiej połowie, czego skutkiem była utrata dwóch punktów i, o zgrozo, głęboki oddech, że nie skończyło się jeszcze gorzej. O Astanie mówiło się, że tam z pewnością punkty straci któryś faworyt. Ale że akurat ten największy, to spore zaskoczenie. Kolejne tygodnie upłynęły pod znakiem oczekiwania na kolejny mecz.
Po sukcesie na mistrzostwach Europy, podopieczni Adama Nawałki musieli przyzwyczaić się do zupełnie nowej dla tej drużyny roli. Jeszcze niedawno „czarny koń”, teraz już faworyt.
Duńczycy to już inny kaliber, tutaj w zasadzie każdy wynik był możliwy i spodziewany, nawet jeśli graliśmy w Warszawie. Nasi przeciwnicy zderzyli się jednak z potworem. Niesiona dopingiem reprezentacja kapitalnie rozegrała pierwszą połowę, na początku drugiej kompletujący hattrick Robert Lewandowski w zasadzie znokautował gości. Zanim sędzia zakończył liczenie otumanionego rywala, nasz bokser przypadkowo sam uderzył się czoło i zachwiał. Mowa oczywiście o bramce samobójczej Kamila Glika. Zamiast zignorować ten wypadek przy pracy, kadrowicze pozwolili Danii podejść bliżej, ci ochoczo skorzystali i strzelili jeszcze jednego gola. Tym razem się udało, trzy punkty zostały w Polsce, do końca jednak drżeliśmy o wynik. Dlaczego tak się dzieje?
Przyczyna najprawdopodobniej musi leżeć w głowach. Naprawdę potrafimy zdominować bezradnych przeciwników. Jesteśmy skuteczni, nie mamy problemów ze strzelaniem kolejnych bramek. Na dodatek nasi defensorzy to już nie wylosowywani przez przerażonego trenera goście, którzy nigdy nie wskoczyli na międzynarodowy poziom, teraz i oni prezentują europejską klasę. Za szybko wierzymy jednak w tę naszą wielkość. Jeśli jedna akcja, zwłaszcza defensywna, nie pójdzie po naszej myśli, w całym zespole panować zaczyna popłoch. Nie może to być kwestia pojedynczych personaliów. W Kazachstanie źle zagrał Zieliński, w Warszawie był już w trójce naszych najlepszych zawodników. Za Uralem świetny mecz zaliczył Kuba Błaszczykowski, teraz nieco słabszy.










