Co łączy Ryana Giggsa i Ledleya Kinga? Poza oczywistą klasą sportową obaj panowie mają jeszcze jeden wspólny mianownik. Swoje kariery nierozerwalnie związali z jednym klubem…
Co łączy Ryana Giggsa i Ledleya Kinga? Poza oczywistą klasą sportową, obaj panowie mają jeszcze jeden wspólny mianownik. Swoje kariery nierozerwalnie związali z jednym klubem. Niczym rosłe enty z ekranizacji Petera Jacksona swe piłkarskie korzenie zapuścili bardzo głęboko, stając się prawdziwymi legendami. Ten pierwszy zapewne dalej będzie miał okazję pielęgnować winną latorośl własnej kariery, drugi nieoczekiwanie zwiądł. Ledley King zakończył właśnie karierę.
– Jestem wściekły, że tak to się skończyło. Ledley to najlepszy obrońca, z którym grałem, czy też przeciwko któremu grałem – upust swej frustracji dał klubowy partner Ledleya, Aaron Lennon. Żałobnych głosów jest jednak znacznie więcej. – Przykro mi to słyszeć. Ledley King to klasowy zawodnik i mam nadzieję, że przekaże swoją wiedzę młodszemu pokoleniu – wzdycha Rio Ferdinand, a wtóruje mu Sebastien Bassong. – To strasznie smutna wiadomość. King na zawsze pozostanie legendą Tottenhamu i doskonałym obrońcą. Ta wyliczanka nie ma końca. Kolejni piłkarze solidaryzują się z Kingiem, bo pamiętają, że jakość, którą prezentował w Tottenhamie, była niepodważalna. W trakcie trzynastu lat gry w barwach popularnych „Kogutów” King zaliczył 323 spotkania i to by było na tyle. Licznik przestał bić.
– Z wielkim smutkiem oznajmiam, że moja kontuzja i brak możliwości treningów sprawiły, że zmuszony jestem zakończyć karierę. Jestem w tym klubie od małego dziecka, zawsze uważałem go za swój i nigdy nie wyobrażałem sobie bronić barw innej drużyny. Wiem, że w obecnych czasach to rzadkość, ale zawsze czerpałem radość z bycia częścią tej ekipy. Cieszę się jednak, że wciąż będę mógł pracować w klubie – tymi słowy King ostatecznie pożegnał się z kibicami Tottenhamu jako piłkarz, ale teraz w londyńskim klubie będzie pełnił funkcję ambasadora. Trudno wyobrazić sobie lepszego kandydata.
Jeszcze nie tak dawno, bo raptem kilka miesięcy temu, były kapitan Tottenhamu miał nadzieję nie tylko na powrót do pełni sprawności, ale także na triumfalny comeback do reprezentacji Anglii i występ na mistrzostwach Europy. – Nie poddałem się. To wciąż kołacze się w mojej głowie. Nie daje mi spokoju – Ledley tryskał entuzjazmem, ale najgorsze zmory sprzed kilku lat wciąż powracały i nie dawały o sobie zapomnieć. Feralna kontuzja, którą odniósł w trakcie przygotowań do rozpoczęcia sezonu 2006/2007 – jak się później miało okazać – uniemożliwiła mu do samego końca regularne treningi, a jakikolwiek wysiłek okupiony był ogromnym bólem. Dość powiedzieć, że po każdym rozegranym spotkaniu King zmuszony był pauzować przez kilka dni, regenerować się i czekać, aż opuchlizna kolana zejdzie. – Tutaj nie ma lekarstwa. Tu nie ma chrząstki, nie ma czego operować. Jest po prostu kość na kości. Ledley rzadko trenuje, głównie chodzi na siłownię, aby utrzymać formę, ale nie biega i nie robi podobnych rzeczy – tłumaczył zawodnika ówczesny szkoleniowiec, Harry Redknapp, który niezwykle cenił sobie umiejętności wieloletniego piłkarza Tottenhamu.










