Kraków, wczesne środowe popołudnie, jeden ze starych tramwajów. Za oknem wielka ulewa, w środku ludzie dość bezsensownie tłoczą się przy samych drzwiach. Prawdziwie angielska pogoda, to musi być znak, że wygra Liverpool. Po raz pierwszy dzisiaj słyszę aluzję do nadchodzącego finału Ligi Europy. Stolica Małopolski to od wielu lat jeden z ulubionych celów podróżniczych dla wszelkiej maści Brytyjczyków. Wbrew pozorom wcale nie musi trwać sezon turystyczny, ba, koniecznością nie jest weekend – w centrum miasta nawet w dzień powszedni usłyszeć można ponad dwieście różnych akcentów języka angielskiego. Spora część z nich pochodzi prosto z Wysp.
Za półtorej godziny zabrzmi pierwszy gwizdek, idziemy więc do jednego z wielu British Pubów w okolicy Rynku Głównego z nadzieją, że jeszcze da się gdzieś wcisnąć. Wchodzimy i już na wstępie widać morze czerwone. I choć temperament tej barwy przypomina Hiszpanię, nie ma tu ani jednej osoby, która otwarcie kibicowałaby Sevilli. Klopp musi w końcu coś wywalczyć w Europie. W taki sposób zaklinają rzeczywistość fani „The Reds”. W międzyczasie odśpiewany hymn przez grupkę najbardziej oddanych kibiców i… pora na najważniejsze europejskie 90 minut Liverpoolu od dziewięciu lat.
Pierwsze minuty to wzajemne badanie się obu zespołów i próby nieśmiałych ataków. – Nie jest źle, boją się nas – krzyknął w pewnym momencie wysoki Brytyjczyk. Rzeczywiście, wyglądało to tak, jakby podopieczni Juergena Kloppa mieli przejąć inicjatywę. Wtem poruszenie. W polu karnym pada Firmino, błyskawicznie wstając i domagając się karnego. Jak widać w powtórce, piłka odbiła się od ręki interweniującego obrońcy Sevilli, pretensje raczej zasłużone. Na stadionie brzmią one znacznie ciszej niż w akustycznym kotle, jakim jest nieco przyciasny pub.
Gdy za kilka chwil sytuacja się powtórzy, na szwedzkiego arbitra zaczną sypać się gromy. Ostatni raz tak wyrafinowaną kombinację słowa „Eriksson” i angielskich przekleństw można było usłyszeć w erze telefonów bez kolorowego wyświetlacza. Lada chwila nastrój ulega gwałtownej poprawie. Nagły wyrzut hormonów radości zapewnił Daniel Sturridge swoim niesamowitym strzałem zewnętrzną częścią stopy. – Żadna kontuzja go nie zabije, mamy Stu, mamy puchar! – pięknym angielskim mówi siwiejący facet siedzący tuż obok. Ależ niewiarygodne zwieńczenie trudnego sezonu, na Anfield nadciąga Champions League.
Chwilę później we własnym polu karnym piłkę ręką zagarnia bardzo słaby w pierwszej połowie Grzegorz Krychowiak. – Mogą grać i w piętnastu, z sędzią głównym, technicznym i dwoma liniowymi. I tak nas nie pokonają! – mimo mnożących się błędów tym razem kibice reagują nieco inaczej. Mają dobry wynik, idą za ciosem, nic złego im się nie stanie – przynajmniej do przerwy. Gwizdek Erikssona, dwie wielkie kolejki (bar i toaleta) i kumulujące się rozmowy: – Nie ma Firmino, spodziewałem się po nim więcej. Klopp pewnie też.
– Brawa dla obrony, Kolo Toure jest dziś niczym skała, a Clyne to klasa sama w sobie.
Wyrównanie stanu gry przez Sevillę nastąpiło tak błyskawicznie, że najczęstszym widokiem w pierwszych pięciu minutach drugiej połowy była zdziwiona twarz kolejnego kibica wracającego na swoje miejsce. Wraz z każdą minutą mimika zgromadzonych w pubie obserwatorów zmieniała się, rósł niepokój. Nie mogą tego przegrać, nie teraz, nie po takiej historii jak ta z Borussią Dortmund w ćwierćfinale. Nie po tym, jak zdominowali świetny przecież w tym sezonie Villarreal. Wtedy pada druga bramka. Koszmary powróciły.
– Albo szybko wyrównamy, albo w końcówce strzelą nam trzecią bramkę i upijemy się na smutno – wydźwięk słów jednego z nielicznych(?) polskojęzycznych kibiców w pubie nie był zbyt optymistyczny.
Zaraz potem kolejna akcja i Coke, ten przeklęty Coke po raz drugi tego wieczora podwyższa rezultat. Nastroje zmieniły się nie do poznania. Radośni po 45 minutach fani „The Reds” wyglądali w większości tak, jakby właśnie ktoś umarł. Bo tak w istocie było. Świetny Liverpool z ostatniego kwadransa pierwszej połowy został zagrzebany, wróciły stare demony. Angielski zespół grał wolno i bardzo przewidywalnie. Nawet rzucane półżartem stwierdzenia, że Klopp celowo pozwolił Sevilli wyjść na dwubramkowe prowadzenie, żeby ich upokorzyć w końcówce meczu, nie bawiły. Może dlatego, że w zespołach prowadzonych przez Niemca nadzieja naprawdę umiera ostatnia.
Ofensywne zmiany nic nie dają, „The Reds” grają coraz mniej składnie, zaczynają się pierwsze akty desperacji. – O Jezu, Benteke. Kloppo, lepiej sam wejdź na boisko, może coś pożytecznego tam wyczarujesz. Ilekroć słyszę fanów Liverpoolu mówiących o belgijskim napastniku, tak często widzę, jak wiele od niego oczekiwano i jak potężnym zawodem się okazał. Wtem Jonas Eriksson gwiżdże po raz ostatni, Sevilla trzeci raz z rzędu świętuje triumf w LE, Anglicy ciągle zaś czekać będą na którekolwiek europejskie trofeum.
Ta angielska pogoda, o której ktoś mówił po południu, to nie przepowiednia zwycięstwa, a zapowiedź łez. Pora wracać do domu w tłumie spuszczonych głów. Aura mści się wierutnie – na niebie pojawił się piękny księżyc, chmury się rozeszły, gdyby było kilkanaście stopni więcej, nikt nie zauważyłby, że to nie Andaluzja, tylko nasza Małopolska. Wśród natłoku czerwonych koszulek widzę jedną, która nieco odbiega swym odcieniem od pozostałych. Obok „liverpoolczyka” idzie ktoś w trykocie krakowskiej Wisły.
– Jeszcze będziemy wielcy.
Nieważne, który z dwóch klubów miał na myśli. To była idealna pointa wieczoru z finałem Ligi Europy.
Kraków, wczesne środowe popołudnie, jeden ze starych tramwajów. Za oknem wielka ulewa, w środku ludzie dość bezsensownie tłoczą się przy samych drzwiach. Prawdziwie angielska pogoda, to musi być znak, że wygra Liverpool. Po raz pierwszy dzisiaj słyszę aluzję do nadchodzącego finału Ligi Europy. Stolica Małopolski to od wielu lat jeden z ulubionych celów podróżniczych dla wszelkiej maści Brytyjczyków. Wbrew pozorom wcale nie musi trwać sezon turystyczny, ba, koniecznością nie jest weekend – w centrum miasta nawet w dzień powszedni usłyszeć można ponad dwieście różnych akcentów języka angielskiego. Spora część z nich pochodzi prosto z Wysp.
Za półtorej godziny zabrzmi pierwszy gwizdek, idziemy więc do jednego z wielu British Pubów w okolicy Rynku Głównego z nadzieją, że jeszcze da się gdzieś wcisnąć. Wchodzimy i już na wstępie widać morze czerwone. I choć temperament tej barwy przypomina Hiszpanię, nie ma tu ani jednej osoby, która otwarcie kibicowałaby Sevilli. Klopp musi w końcu coś wywalczyć w Europie. W taki sposób zaklinają rzeczywistość fani „The Reds”. W międzyczasie odśpiewany hymn przez grupkę najbardziej oddanych kibiców i… pora na najważniejsze europejskie 90 minut Liverpoolu od dziewięciu lat.
Pierwsze minuty to wzajemne badanie się obu zespołów i próby nieśmiałych ataków. – Nie jest źle, boją się nas – krzyknął w pewnym momencie wysoki Brytyjczyk. Rzeczywiście, wyglądało to tak, jakby podopieczni Juergena Kloppa mieli przejąć inicjatywę. Wtem poruszenie. W polu karnym pada Firmino, błyskawicznie wstając i domagając się karnego. Jak widać w powtórce, piłka odbiła się od ręki interweniującego obrońcy Sevilli, pretensje raczej zasłużone. Na stadionie brzmią one znacznie ciszej niż w akustycznym kotle, jakim jest nieco przyciasny pub.
Gdy za kilka chwil sytuacja się powtórzy, na szwedzkiego arbitra zaczną sypać się gromy. Ostatni raz tak wyrafinowaną kombinację słowa „Eriksson” i angielskich przekleństw można było usłyszeć w erze telefonów bez kolorowego wyświetlacza. Lada chwila nastrój ulega gwałtownej poprawie. Nagły wyrzut hormonów radości zapewnił Daniel Sturridge swoim niesamowitym strzałem zewnętrzną częścią stopy. – Żadna kontuzja go nie zabije, mamy Stu, mamy puchar! – pięknym angielskim mówi siwiejący facet siedzący tuż obok. Ależ niewiarygodne zwieńczenie trudnego sezonu, na Anfield nadciąga Champions League.
Chwilę później we własnym polu karnym piłkę ręką zagarnia bardzo słaby w pierwszej połowie Grzegorz Krychowiak. – Mogą grać i w piętnastu, z sędzią głównym, technicznym i dwoma liniowymi. I tak nas nie pokonają! – mimo mnożących się błędów tym razem kibice reagują nieco inaczej. Mają dobry wynik, idą za ciosem, nic złego im się nie stanie – przynajmniej do przerwy. Gwizdek Erikssona, dwie wielkie kolejki (bar i toaleta) i kumulujące się rozmowy: – Nie ma Firmino, spodziewałem się po nim więcej. Klopp pewnie też.
– Brawa dla obrony, Kolo Toure jest dziś niczym skała, a Clyne to klasa sama w sobie.
Wyrównanie stanu gry przez Sevillę nastąpiło tak błyskawicznie, że najczęstszym widokiem w pierwszych pięciu minutach drugiej połowy była zdziwiona twarz kolejnego kibica wracającego na swoje miejsce. Wraz z każdą minutą mimika zgromadzonych w pubie obserwatorów zmieniała się, rósł niepokój. Nie mogą tego przegrać, nie teraz, nie po takiej historii jak ta z Borussią Dortmund w ćwierćfinale. Nie po tym, jak zdominowali świetny przecież w tym sezonie Villarreal. Wtedy pada druga bramka. Koszmary powróciły.
– Albo szybko wyrównamy, albo w końcówce strzelą nam trzecią bramkę i upijemy się na smutno – wydźwięk słów jednego z nielicznych(?) polskojęzycznych kibiców w pubie nie był zbyt optymistyczny.
Zaraz potem kolejna akcja i Coke, ten przeklęty Coke po raz drugi tego wieczora podwyższa rezultat. Nastroje zmieniły się nie do poznania. Radośni po 45 minutach fani „The Reds” wyglądali w większości tak, jakby właśnie ktoś umarł. Bo tak w istocie było. Świetny Liverpool z ostatniego kwadransa pierwszej połowy został zagrzebany, wróciły stare demony. Angielski zespół grał wolno i bardzo przewidywalnie. Nawet rzucane półżartem stwierdzenia, że Klopp celowo pozwolił Sevilli wyjść na dwubramkowe prowadzenie, żeby ich upokorzyć w końcówce meczu, nie bawiły. Może dlatego, że w zespołach prowadzonych przez Niemca nadzieja naprawdę umiera ostatnia.
Ofensywne zmiany nic nie dają, „The Reds” grają coraz mniej składnie, zaczynają się pierwsze akty desperacji. – O Jezu, Benteke. Kloppo, lepiej sam wejdź na boisko, może coś pożytecznego tam wyczarujesz. Ilekroć słyszę fanów Liverpoolu mówiących o belgijskim napastniku, tak często widzę, jak wiele od niego oczekiwano i jak potężnym zawodem się okazał. Wtem Jonas Eriksson gwiżdże po raz ostatni, Sevilla trzeci raz z rzędu świętuje triumf w LE, Anglicy ciągle zaś czekać będą na którekolwiek europejskie trofeum.
Ta angielska pogoda, o której ktoś mówił po południu, to nie przepowiednia zwycięstwa, a zapowiedź łez. Pora wracać do domu w tłumie spuszczonych głów. Aura mści się wierutnie – na niebie pojawił się piękny księżyc, chmury się rozeszły, gdyby było kilkanaście stopni więcej, nikt nie zauważyłby, że to nie Andaluzja, tylko nasza Małopolska. Wśród natłoku czerwonych koszulek widzę jedną, która nieco odbiega swym odcieniem od pozostałych. Obok „liverpoolczyka” idzie ktoś w trykocie krakowskiej Wisły.
– Jeszcze będziemy wielcy.
Nieważne, który z dwóch klubów miał na myśli. To była idealna pointa wieczoru z finałem Ligi Europy.
Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.