Kraków, wczesne środowe popołudnie, jeden ze starych tramwajów. Za oknem wielka ulewa, w środku ludzie dość bezsensownie tłoczą się przy samych drzwiach. Prawdziwie angielska pogoda, to musi być znak, że wygra Liverpool. Po raz pierwszy dzisiaj słyszę aluzję do nadchodzącego finału Ligi Europy. Stolica Małopolski to od wielu lat jeden z ulubionych celów podróżniczych dla wszelkiej maści Brytyjczyków. Wbrew pozorom wcale nie musi trwać sezon turystyczny, ba, koniecznością nie jest weekend – w centrum miasta nawet w dzień powszedni usłyszeć można ponad dwieście różnych akcentów języka angielskiego. Spora część z nich pochodzi prosto z Wysp.

Za półtorej godziny zabrzmi pierwszy gwizdek, idziemy więc do jednego z wielu British Pubów w okolicy Rynku Głównego z nadzieją, że jeszcze da się gdzieś wcisnąć. Wchodzimy i już na wstępie widać morze czerwone. I choć temperament tej barwy przypomina Hiszpanię, nie ma tu ani jednej osoby, która otwarcie kibicowałaby Sevilli. Klopp musi w końcu coś wywalczyć w Europie. W taki sposób zaklinają rzeczywistość fani „The Reds”. W międzyczasie odśpiewany hymn przez grupkę najbardziej oddanych kibiców i… pora na najważniejsze europejskie 90 minut Liverpoolu od dziewięciu lat.













