W ostatnich latach zawodnicy zaskakiwali kreatywnością w sposobach wymuszania transferów – wywiady w telewizji bez zgody klubu, symulowanie kontuzji czy odmawianie gry. Wachlarz zagrań poniżej pasa stał się naprawdę szeroki. W przeważającej mierze jednak głównie dzięki agentom piłkarskim. Zatrudnienie nowego doradcy przez gracza obecnie zawsze oznacza kłopoty dla klubu. Manchester United już wie, że coś się dzieje, gdyż Jesse Lingard związał się z Mino Raiolą.
Olbrzymie pieniądze przewijające się w futbolu mają niezwykłą moc przyciągania. Za jeden podpis na kontrakcie zawodnicy inkasują czasem nawet wielomilionowe prowizje. Podobnie jak doradcy graczy – agenci piłkarscy, którzy do umowy często doprowadzają. Nic dziwnego, że chętnych na kawałek tortu nie brakuje. Często nawet są to członkowie rodziny piłkarza, nie zawsze tej bliskiej. Biznes kręci się w najlepsze, a gdzieś w tym wszystkim podobno znajduje się dobro zawodników, a nawet klubów. Podobno.
Gdy pojawia się oferta z lepszego (czyt. bogatszego) klubu, piłkarze nie zawsze chcą odchodzić. Często głos zabiera wtedy grono doradców zawodnika. Rodzina oraz agent. Skuszeni wizją spuchniętego konta (nie tylko gracza), pod płaszczykiem deklaracji o większej szansie na trofea i rozwoju przekonują, że warto. Zawodnik jednak opiera się podobnym sugestiom i zostaje w klubie. Fantastyka? Tak, bo podobne romantyczne historie odeszły dawno w niepamięć, brutalnie zdeptane przez siłę pieniądza. Analogiczne przypadki obecnie można policzyć na palcach ręki emerytowanego pracownika tartaku. Jedyne, co przetrwało, to sugestie otoczenia zawodnika, by skorzystał z nadarzającej się okazji. Korzystają bardzo chętnie, nie zawsze za aprobatą agenta.
Jesse Lingard ruszył wyznaczoną ścieżką
Ostatnio wykształcił się trend podpisywania umów przez piłkarzy z nowymi agentami, gdy zawodnik przymierza się do zmian. Podobny ruch zawsze oznacza dla klubu problem. Gram za mało, chcę nowy kontrakt czy jest szansa na transfer (zazwyczaj do większego) klubu, a agent ma (zbyt) dobre relacje z władzami obecnego pracodawcy? Zmienię przedstawiciela na kogoś o zupełnie odmiennych preferencjach. Na agenta, który spełni marzenia, czyli pomoże na wszelkie możliwe sposoby osiągnąć cel. Nierzadko podpowiadając kreatywne rozwiązania, jak wymusić transfer czy nowy kontrakt. Odmawianie gry stało się zbyt powszechne. Kolokwialnie – mało kogo już rusza. Co innego wywiad w telewizji bez zgody klubu, w którym zawodnik stawia się w roli poszkodowanego, lub symulacja kontuzji. Najlepiej pleców, ostatnio bardzo powszechnej wśród niezadowolonych graczy, gdyż trudnej do zdiagnozowania.

W podobnych przypadkach kluby w zdecydowanej większości uginają się pod żądaniami zawodnika. Dlatego nic dziwnego, że kolejni gracze ruszają ścieżką wyznaczoną przez poprzedników. Rozegranie spektaklu pełnego dramatu się opłaca, więc z perspektywy piłkarza pragnącego zmian warto działać w ten sposób nawet za cenę przyzwoitości.











