Kolejna seria gier już za nami. Szósta kolejka miała swój koloryt. Na tytuł bohatera tego tygodnia pełną gębą zasłużyła drużyna West Bromwich Albion.
Przyszła jesień. W Anglii pada zawsze, teraz będzie jeszcze bardziej. Ale z pewnością jest takie miejsce, gdzie teraz świeci bardzo mocne słońce, a ludzie trzymają głowy wysoko podniesione. Tym zakątkiem na Wyspach Brytyjskich jest miasto West Bromwich. „The Baggies” ze swoim włoskim trenerem na czele mogą być zadowoleni, jak nikt inny być nie może. Wrócili ze stolicy wraz z trzema oczkami wydartymi „Kanonierom”. W ostatnich trzech meczach podopieczni Di Matteo zainkasowali siedem punktów, strzelając siedem bramek. Tym samym piłkarze West Bromu awansowali na szóste miejsce i do lidera tracą tylko pięć punktów. Początek sezonu to jedno, ale świetna dyspozycja tej drużyny to drugie, o czym trzeba mówić głośno, bo mało kto jest w stanie wzlecieć po aż tak tęgich batach od samej Chelsea. Goście na Emirates prowadzili już 3:0 i nie wykorzystali rzutu karnego.

Drugim meczem, który mógł aspirować do wydarzenia tego weekendu, był zwycięski pojedynek „The Citizens” z aktualnym liderem rozgrywek. W pierwszym kwadransie drugiej odsłony wynik został ustalony przez „Apacza” i tym samym Chelsea straciła pierwsze punkty (i to od razu trzy!) w nowym sezonie. To zwycięstwo pokazuje, jak zespół Manciniego jest nieszablonowy. Raz potrafi stracić punkty z Blackburn, by trzy kolejki później zwyciężyć „The Blues”. Warto odnotować, że było to spotkanie starych znajomków na ławkach trenerskich.
W malutkich derbach stolicy swoją wyższość pokazali piłkarze Granta, którzy po raz pierwszy w tym sezonie wygrali mecz. Niestety zastrzyk trzech punktów na nic się nie zdał, bo drużyna „Młotów” dalej okupuje okolice dna tabeli. West Ham wygrał z Tottenhamem, czyli utarł nosa rywalom zza miedzy i wpasował się w trend tej kolejki – pozbawić faworytów punktów. Na pewno taki obrót sprawy będzie korzystniejszy i dla ligi, i dla Granta.
Zastanawiam się, czy kolejny blamaż Liverpoolu można podpiąć po niespodziankę, coś zaskakującego… „The Reds” zajmują na tę chwilę pozycję numer 16 oraz ich konto zdobi ujemy stosunek bramek. Tak źle dawno się nie działo. Sześć lat temu w tej fazie rozgrywek piłkarze z miasta Beatlesów mieli podobną ilość punktów. O ile do słów słusznej krytyki przywykł już Hodgson, to Steve’owi Bruce’owi należą się coraz to śmielsze pochwały. Sunderland znów urwał punkty wyżej notowanemu rywalowi, a jak wiemy gromadzenie ich w starciach z tytanami (nie do końca podpinałbym pod to stwierdzenie Liverpool), zawsze procentuje lepszą dyspozycją w meczach z niżej notowanymi rywalami. Uważajcie na Sunderland!










