Wrzesień był bardzo emocjonującym miesiącem w Premier League. Wykrystalizowała nam się czołówka ligi, po pierwszych sześciu kolejkach możemy już mniej nieśmiało spoglądać w przyszłość i niczym wróżbita Dawid zacząć po cichu typować faworytów zarówno do pudła Premier League, jak i do spadku z najwyższej klasy rozgrywkowej w Anglii.
Koniec sierpnia i wrzesień były za to różne pod względem bohaterów danych spotkań i kolejek. Ci, którzy błyszczeli na początku sezonu, w następnych meczach już aż tak się nie wybijali. I odwrotnie, inni bowiem znów długo się rozkręcali, by zacząć grać swoim normalnym rytmem w połowie września. Jak wiemy, nie wszyscy mogą znaleźć się w składzie meczowym, ktoś zawsze siądzie obrażony na trybunach wraz ze swoją WAG, łypiąc złowrogim okiem na menedżera. Jak to mawiają Anglicy, honorable mentions, czyli wyróżnienia:

Michu – wystartował jak petarda. Niczym supernowa wkradł się na angielskie salony, kradnąc serca kibiców Swansea. Jak się okazało jednak, nowo narodzona gwiazda zamieniła się w zwykłą lampkę, której żarówka z powodu eksploatacji nie dożyła końca miesiąca. Ba, nawet połowy. Michu wpisał się w ogólny poziom Swansea. Trzy porażki i remis w ostatnich czterech meczach to nikły powód do dumy. Czekamy na renesans formy Hiszpana i całej drużyny pana Laudrupa.
Rickie Lambert – król strzelców Championship, zawodnik beniaminka z Southampton. Dobry gracz. I tu można by właściwie zakończyć charakterystykę Rickiego. Jest to zawodnik blisko trzydziestoletni, dla kadry już raczej nie zostanie odkryty. Wysoki, silny, typowa angielska „dziewiątka”. Idealny na średniaka Premier League. Plus za to, iż pokazał, że można być skutecznym wszędzie, w każdej lidze. Genialny mecz w jego wykonaniu przeciwko Aston Villi.
Robin Van Persie – no tak, ma pięć bramek na koncie. Gra w Manchesterze United. Ale bez specjalnego błysku. Oprócz hat tricka przeciwko Southampton nie było jakichś megafajerwerków. Robi to, co do niego należy, i tyle.
Artur Boruc – to tak na zachętę ;-) Żebyśmy za miesiąc mogli napisać, iż pan Artur swoimi niesamowitymi interwencjami uratował parę punktów dla Southampton. No bo jak może być inaczej, skoro „Holy Goalie” broni bramki „Świętych”?
A teraz na poważnie. Rezerwowi:
Jermaine Defoe – charakternik. Od czerwca przeżył śmierć dwóch członków rodziny, mianowicie ojca i siostry. Tottenham niczym Feniks z popiołów powstał z kolan i wygrał ostatnie trzy mecze z rzędu. Defoe zdobył w nich trzy bramki, a w sumie już cztery w tym sezonie. Widać, że odżył. Gra z uśmiechem na ustach, jak kiedyś.
Kevin Nolan & Winston Reid – tych panów potraktuję tandemowo, ponieważ West Ham jest na tyle kolektywnym zespołem, że można by tu wrzucić na ławkę rezerwowych cały zespół „Młotów”. Świetna gra w obronie, skuteczne ataki, wysoka siódma lokata w tabeli. Allardyce wie, co robi. Winston Reid staje się powoli filarem defensywny West Hamu, traci on bardzo mało bramek. Nowozelandczyk potrafi strzelić także bramkę głową, co już w tym sezonie uczynił. A pan Nolan? To historia na osobny artykuł. Jeden z najbardziej niedocenianych graczy w Anglii. Gdzie nie pójdzie, strzela jak na zawołanie, asystuje jak na zawołanie. Poza tym ma coś, czego nie ma wielu utalentowanych graczy: charyzmę. To płuca i serca West Hamu.













