Fot. W Newcastle brakuje liderów na boisku, a Fabricio Coloccini na pewno nie jest jednym z nich.
9. seria spotkań Premier League za nami. Weekendowe zmagania w najlepszej lidze świata zostały przyćmione poziomem sędziowania godnym ósmej ligi peruwiańskiej. Niczym w popularnej reklamie sędziów postanowili za to zawstydzić piłkarze, reagując na ich wybryki piękną grą. Już wiemy, kto zawiódł w ostatni weekend, skupmy się zatem na tych, którzy chodzić będą dumni jak pawie aż do najbliższej kolejki ligowej.
Chelsea przy wydatnej pomocy arbitra poległa 2:3 w meczu przeciwko Manchesterowi United, który zbliżył się do niej już tylko na jeden punkt. Swoje trzy oczka zdobyli także gracze City, pokonując 1:0 dzielnych piłkarzy Swansea. W tabeli jest coraz większy ścisk, wydaje się jednak, że kwestia mistrzostwa rozstrzygnie się pomiędzy trzema pierwszymi zespołami w klasyfikacji Premier League. Przejdźmy zatem do naszych weekendowych herosów.
Rezerwowi:
Fabricio Coloccini (fot. skysports.com)
Simon Mignolet – stanie w bramce na Britannia Stadium może wywołać lęki, początki depresji, a na pewno kłopoty ze słuchem. Bohaterska postawa belgijskiego bramkarza pozwoliła jego drużynie zdobyć jeden punkt w meczu przeciwko Stoke City. Mignolet coraz częściej potwierdza, że jest fachowcem wysokiej klasy i już niedługo te sunderlandzkie progi mogą być odrobinę za niskie jak na jego nogi.
Fabricio Coloccini – argentyńska skała w mieście „The Geordies”. Od lat filar, symbol, opoka nie tylko defensywy, ale i całego Newcastle. Jeśli tylko jest zdrowy, dumnie dzierży kapitańską opaskę. Bardzo dobry występ przeciwko WBA (2:1). Zawodnik był pewny w odbiorze, solidny w konstruowaniu akcji zaczepnych. Pięknie się starzeje.
Mikel Arteta – solidna partia przeciwko QPR. Robił, co do niego należało, to bardzo dojrzały cofnięty rozgrywający, przyjemnie patrzy się na jego grę, będącą skrzyżowaniem angielskiego pragmatyzmu z hiszpańską fantazją. No i zwycięska bramka w potyczce z QPR, zdobyta na więcej rat niż wynosi solidny kredyt na mieszkanie.
Carlos Tevez/Papiss Demba Cisse – pierwszy za zwycięską bramkę w meczu przeciwko Swansea. Drugi za przebudzenie się z letargu oraz także dające wygraną trafienie w 90. minucie spotkania z WBA. Obaj goleadorzy wracają do gry.
Rezerwowi w dresach usiedli na ławce wraz z menedżerem, przyjrzyjmy się zatem naszej podstawowej jedenastce ochoczo rozgrzewającej się przed meczem:
Julio Cesar – Kazimierz Marcinkiewicz, oglądając popisy brazylijskiego bramkarza w starciu przeciwko „Kanonierom”, krzyknąłby pewnie: „Yes, yes, yes!”. Tak, to był ten stary, dobry Julio Cesar. Piłkołap z Rio był niczym pająk, wyginał się we wszystkie strony, imponował refleksem. Szkoda, że jego koledzy z drużyny nie wzięli z niego przykładu. QPR przegrało 0:1 i osunęło się w ligowy niebyt, ale to Julio Cesar był numero uno potyczki na Emirates.
Bacary Sagna – lekarze i fizjoterapeuci Arsenalu po sobotnim meczu mogli się udać na grubą popijawę, a dodatkowo dostali pewnie solidny bonus od klubu. Po kontuzji Wilshere’a i Sagny nie ma najmniejszego śladu. Francuz niczym młoda gazelka zasuwał od „szesnastki” do „szesnastki”. Znów pewny punkt drużyny. Carl Jenkinson musi go nienawidzić.
Jack Wilshere (fot. SkySports.com)
Ivan Ramis – jest taki dzień w życiu każdego mężczyzny, a raczej obrońcy, kiedy na tę jedną magiczną chwilę zamienia się w wybornego łowcę bramek i strzela coś takiego, co przez rok nie udaje się nominalnym napadziorom. Bramka Ramisa przeciwko WHU była prima sort, wisienką na torcie solidności, który zaprezentował nam Hiszpan w starciu z drużyną Sama Allardyce’a. Przez ten tydzień Ramis jest na pewno królem Wigan.
Sebastien Bassong/Michael Turner – nominacja w duecie, niczym Starsky & Hutch. Bardzo skuteczna para. Bassong odnalazł swoje miejsce na ziemi, tworząc monolit w szeregach Norwich. Kanarkowy klimat służy także jego partnerowi w tyłach, Michaelowi Turnerowi. Drużyna Chrisa Hughtona zaczyna powoli odbijać się od dna. Co prawda stoperzy z Carrow Road dali strzelić gola panu Benteke z Aston Villi, ale był to ich jedyny błąd w całym meczu, a Turner do swojej gry dołączył tzw. wartość dodaną, czyli gola. Spotkanie zakończyło się wynikiem 1:1. „Kanarki” wzbijają się coraz wyżej, choć na razie nieśmiało.
Ryan Shawcross – senny koszmar Aarona Ramseya. Jeśli Walijczyk budzi się w nocy zlany potem, to możecie mieć niemal stuprocentową pewność, co mu się śniło. Stoper Stoke stara się walczyć z łatką brutala, ale po jego wyczynach bliżej mu w ogólnym mniemaniu do Vinniego Jonesa aniżeli Paolo Maldiniego. Trochę niesłusznie. Shawcross rozwinął się piłkarsko, bardzo dojrzał w sensie boiskowym. Kiedyś kadra Anglii może mieć z niego pożytek. Na razie jego gra cieszy kibiców Stoke, którzy w weekend obserwowali zaciekłe spotkanie z Sunderlandem (0:0).
Jack Wilshere – oglądając grę tego chłopaka, można było mieć wrażenie, iż nie grał może tydzień, no góra dwa. Tymczasem Jack wrócił na murawę po kilkunastu miesiącach rozbratu z piłką i rozegrał bardzo solidne zawody przeciwko QPR (1:0). To był ten sam stary, dobry Wilshere. Ten chłopak ma raptem 20 lat. Wszystko przed nim. Rośnie ból głowy Wengera, jeśli chodzi o wybór środkowych pomocników do podstawowej jedenastki.
Bryan Ruiz – wejście smoka w thrillerze na Madejski Stadium (3:3). Kostarykanin był niczym kryptonit w walce z Supermanem. Trzy minuty po wejściu na boisko zdobył przepiękną bramkę, by kwadrans później zaliczyć asystę przy trafieniu Bairda. Nie wiadomo, co oglądał przed meczem Ruiz, ale musiało to być coś w rodzaju „300” lub „Gladiatora”.
Gareth Bale – walijskie TGV. Jeśli jest w formie, to jak się rozpędzi z piłką na własnej połowie, hamuje gdzieś przy parkingu na White Hart Lane. Drużyna popularnego AVB śmiało spogląda w stronę Ligi Mistrzów, a Bale ma zagwozdkę. Zostać i dalej być częścią budowania wielkiego projektu opatrzonego logiem „Kogutów” czy może śladem byłego kolegi Luki Modricia zbiec na Półwysep Iberyjski do „Barcy” lub Realu za marne 60 baniek? Na razie Gareth czaruje jeszcze fanów Tottenhamu, w weekend strzelił pierwszą bramkę, a jego zespół pokonał „Świętych” Artura Boruca 2:1.
Gareth Bale (fot. skysports.com)
Wesley Hoolahan – nowa twarz w doborowym towarzystwie. Podobnie jak James Morrison z WBA, tak i Wes coraz mocniej winduje swoją pozycję na angielskich boiskach. Charakterny irlandzki ofensywny pomocnik walczy za dwóch w barwach Norwich, w ostatnim meczu dobitnie przyczynił się do zdobycia punkciku na Villa Park. Akcje Hoolahana rosną, zobaczymy, co z akcjami „Kanarków”.
Luis Suarez – ka-pi-tal-ne derby przeciwko Evertonowi. Asysta przy samobójczym trafieniu Bainesa, dwa piękne gole, z których jeden nie został uznany przez gapiostwo sędziów, będących myślami już pod prysznicem. Suarez grał koncertowo. To prawdziwe pokrętło, połowa wartości ofensywnej Liverpoolu. Gdy skupia się na grze, a nie werbalno-fizycznym nękaniu przeciwników, zapiera dech w piersiach. Takiego Luisa chcemy oglądać co tydzień!
Robin van Persie – takiego Robina też chcemy oglądać w każdy weekend. Półtorej bramki w meczu, który powinien mieć inny finał, ale o tym później. RvP błyszczy. Widać, że zmiana klimatu nie odebrała mu nic z jego umiejętności, a wręcz dodała pewności siebie. Cóż, obcując na co dzień z sir Aleksem, człowiek może się porządnie dowartościować. Holender coraz śmielej spogląda w kierunku obrony korony króla strzelców, ale co innego zdaje się być jego priorytetem. Postawię dużo funtów na to, że Robin wolałby skończyć sezon z dziesięcioma bramkami, byle założyć na głowę tę najważniejszą koronę, czyli mistrza Premier League.
Bramka kolejki:
9. seria spotkań zaowocowała wieloma pięknymi trafieniami. Jak z armaty huknął Leigertwood, niczym Beckham strzelił Mata, ale palmę pierwszeństwa dostają w tym tygodniu Ivan Ramis i jego strzał z woleja po dośrodkowaniu z rogu w meczu przeciwko West Hamowi (2:1). Palce lizać!
Wpadka kolejki:
Sędziowie, sędziowie, sędziowie… Wielką sztuką, wyczynem wręcz epickim było położenie hitów 9. kolejki Premier League, meczów będących samograjami. Nie wiem, co widzieli pan Andre Marriner i jego asystenci, nie uznając prawidłowo zdobytej bramki Luisa Suareza na 3:2 w końcówce derbów Liverpoolu. Jeszcze większej zaćmy dostali chyba arbitrzy pod kierownictwem pana Marka Clattenburga w szlagierze na Stamford Bridge. Fernando Torres powinien arbitrowi codziennie wysyłać zdjęcie siniaka na nodze, którego nabawił się po faulu obrońcy United. Zamiast rzutu wolnego „El Nino” wyleciał z boiska za symulowanie faulu, ku zaskoczeniu całego świata i połowy galaktyki. Będąc konsekwentnym, pan Clattenburg powinien był wyrzucić Rooneya za drugą żółtą kartkę po faulu angielskiego napastnika. Brak reakcji arbitra. Sam SAF był tym zaskoczony, po cichu zdejmując z boiska „Wazzę” parę minut później, by nie kusić dalej losu. Wreszcie gol „Chicharito”. Ewidentny spalony… Smutne jest, że w najlepszej lidze świata sędziują arbitrzy o umiejętnościach z klasy lokalnej…
9. seria spotkań Premier League za nami. Weekendowe zmagania w najlepszej lidze świata zostały przyćmione poziomem sędziowania godnym ósmej ligi peruwiańskiej. Niczym w popularnej reklamie sędziów postanowili za to zawstydzić piłkarze, reagując na ich wybryki piękną grą. Już wiemy, kto zawiódł w ostatni weekend, skupmy się zatem na tych, którzy chodzić będą dumni jak pawie aż do najbliższej kolejki ligowej.
Chelsea przy wydatnej pomocy arbitra poległa 2:3 w meczu przeciwko Manchesterowi United, który zbliżył się do niej już tylko na jeden punkt. Swoje trzy oczka zdobyli także gracze City, pokonując 1:0 dzielnych piłkarzy Swansea. W tabeli jest coraz większy ścisk, wydaje się jednak, że kwestia mistrzostwa rozstrzygnie się pomiędzy trzema pierwszymi zespołami w klasyfikacji Premier League. Przejdźmy zatem do naszych weekendowych herosów.
Rezerwowi:
Fabricio Coloccini (fot. skysports.com)
Simon Mignolet – stanie w bramce na Britannia Stadium może wywołać lęki, początki depresji, a na pewno kłopoty ze słuchem. Bohaterska postawa belgijskiego bramkarza pozwoliła jego drużynie zdobyć jeden punkt w meczu przeciwko Stoke City. Mignolet coraz częściej potwierdza, że jest fachowcem wysokiej klasy i już niedługo te sunderlandzkie progi mogą być odrobinę za niskie jak na jego nogi.
Fabricio Coloccini – argentyńska skała w mieście „The Geordies”. Od lat filar, symbol, opoka nie tylko defensywy, ale i całego Newcastle. Jeśli tylko jest zdrowy, dumnie dzierży kapitańską opaskę. Bardzo dobry występ przeciwko WBA (2:1). Zawodnik był pewny w odbiorze, solidny w konstruowaniu akcji zaczepnych. Pięknie się starzeje.
Mikel Arteta – solidna partia przeciwko QPR. Robił, co do niego należało, to bardzo dojrzały cofnięty rozgrywający, przyjemnie patrzy się na jego grę, będącą skrzyżowaniem angielskiego pragmatyzmu z hiszpańską fantazją. No i zwycięska bramka w potyczce z QPR, zdobyta na więcej rat niż wynosi solidny kredyt na mieszkanie.
Carlos Tevez/Papiss Demba Cisse – pierwszy za zwycięską bramkę w meczu przeciwko Swansea. Drugi za przebudzenie się z letargu oraz także dające wygraną trafienie w 90. minucie spotkania z WBA. Obaj goleadorzy wracają do gry.
Rezerwowi w dresach usiedli na ławce wraz z menedżerem, przyjrzyjmy się zatem naszej podstawowej jedenastce ochoczo rozgrzewającej się przed meczem:
Julio Cesar – Kazimierz Marcinkiewicz, oglądając popisy brazylijskiego bramkarza w starciu przeciwko „Kanonierom”, krzyknąłby pewnie: „Yes, yes, yes!”. Tak, to był ten stary, dobry Julio Cesar. Piłkołap z Rio był niczym pająk, wyginał się we wszystkie strony, imponował refleksem. Szkoda, że jego koledzy z drużyny nie wzięli z niego przykładu. QPR przegrało 0:1 i osunęło się w ligowy niebyt, ale to Julio Cesar był numero uno potyczki na Emirates.
Bacary Sagna – lekarze i fizjoterapeuci Arsenalu po sobotnim meczu mogli się udać na grubą popijawę, a dodatkowo dostali pewnie solidny bonus od klubu. Po kontuzji Wilshere’a i Sagny nie ma najmniejszego śladu. Francuz niczym młoda gazelka zasuwał od „szesnastki” do „szesnastki”. Znów pewny punkt drużyny. Carl Jenkinson musi go nienawidzić.
Jack Wilshere (fot. SkySports.com)
Ivan Ramis – jest taki dzień w życiu każdego mężczyzny, a raczej obrońcy, kiedy na tę jedną magiczną chwilę zamienia się w wybornego łowcę bramek i strzela coś takiego, co przez rok nie udaje się nominalnym napadziorom. Bramka Ramisa przeciwko WHU była prima sort, wisienką na torcie solidności, który zaprezentował nam Hiszpan w starciu z drużyną Sama Allardyce’a. Przez ten tydzień Ramis jest na pewno królem Wigan.
Sebastien Bassong/Michael Turner – nominacja w duecie, niczym Starsky & Hutch. Bardzo skuteczna para. Bassong odnalazł swoje miejsce na ziemi, tworząc monolit w szeregach Norwich. Kanarkowy klimat służy także jego partnerowi w tyłach, Michaelowi Turnerowi. Drużyna Chrisa Hughtona zaczyna powoli odbijać się od dna. Co prawda stoperzy z Carrow Road dali strzelić gola panu Benteke z Aston Villi, ale był to ich jedyny błąd w całym meczu, a Turner do swojej gry dołączył tzw. wartość dodaną, czyli gola. Spotkanie zakończyło się wynikiem 1:1. „Kanarki” wzbijają się coraz wyżej, choć na razie nieśmiało.
Ryan Shawcross – senny koszmar Aarona Ramseya. Jeśli Walijczyk budzi się w nocy zlany potem, to możecie mieć niemal stuprocentową pewność, co mu się śniło. Stoper Stoke stara się walczyć z łatką brutala, ale po jego wyczynach bliżej mu w ogólnym mniemaniu do Vinniego Jonesa aniżeli Paolo Maldiniego. Trochę niesłusznie. Shawcross rozwinął się piłkarsko, bardzo dojrzał w sensie boiskowym. Kiedyś kadra Anglii może mieć z niego pożytek. Na razie jego gra cieszy kibiców Stoke, którzy w weekend obserwowali zaciekłe spotkanie z Sunderlandem (0:0).
Jack Wilshere – oglądając grę tego chłopaka, można było mieć wrażenie, iż nie grał może tydzień, no góra dwa. Tymczasem Jack wrócił na murawę po kilkunastu miesiącach rozbratu z piłką i rozegrał bardzo solidne zawody przeciwko QPR (1:0). To był ten sam stary, dobry Wilshere. Ten chłopak ma raptem 20 lat. Wszystko przed nim. Rośnie ból głowy Wengera, jeśli chodzi o wybór środkowych pomocników do podstawowej jedenastki.
Bryan Ruiz – wejście smoka w thrillerze na Madejski Stadium (3:3). Kostarykanin był niczym kryptonit w walce z Supermanem. Trzy minuty po wejściu na boisko zdobył przepiękną bramkę, by kwadrans później zaliczyć asystę przy trafieniu Bairda. Nie wiadomo, co oglądał przed meczem Ruiz, ale musiało to być coś w rodzaju „300” lub „Gladiatora”.
Gareth Bale – walijskie TGV. Jeśli jest w formie, to jak się rozpędzi z piłką na własnej połowie, hamuje gdzieś przy parkingu na White Hart Lane. Drużyna popularnego AVB śmiało spogląda w stronę Ligi Mistrzów, a Bale ma zagwozdkę. Zostać i dalej być częścią budowania wielkiego projektu opatrzonego logiem „Kogutów” czy może śladem byłego kolegi Luki Modricia zbiec na Półwysep Iberyjski do „Barcy” lub Realu za marne 60 baniek? Na razie Gareth czaruje jeszcze fanów Tottenhamu, w weekend strzelił pierwszą bramkę, a jego zespół pokonał „Świętych” Artura Boruca 2:1.
Gareth Bale (fot. skysports.com)
Wesley Hoolahan – nowa twarz w doborowym towarzystwie. Podobnie jak James Morrison z WBA, tak i Wes coraz mocniej winduje swoją pozycję na angielskich boiskach. Charakterny irlandzki ofensywny pomocnik walczy za dwóch w barwach Norwich, w ostatnim meczu dobitnie przyczynił się do zdobycia punkciku na Villa Park. Akcje Hoolahana rosną, zobaczymy, co z akcjami „Kanarków”.
Luis Suarez – ka-pi-tal-ne derby przeciwko Evertonowi. Asysta przy samobójczym trafieniu Bainesa, dwa piękne gole, z których jeden nie został uznany przez gapiostwo sędziów, będących myślami już pod prysznicem. Suarez grał koncertowo. To prawdziwe pokrętło, połowa wartości ofensywnej Liverpoolu. Gdy skupia się na grze, a nie werbalno-fizycznym nękaniu przeciwników, zapiera dech w piersiach. Takiego Luisa chcemy oglądać co tydzień!
Robin van Persie – takiego Robina też chcemy oglądać w każdy weekend. Półtorej bramki w meczu, który powinien mieć inny finał, ale o tym później. RvP błyszczy. Widać, że zmiana klimatu nie odebrała mu nic z jego umiejętności, a wręcz dodała pewności siebie. Cóż, obcując na co dzień z sir Aleksem, człowiek może się porządnie dowartościować. Holender coraz śmielej spogląda w kierunku obrony korony króla strzelców, ale co innego zdaje się być jego priorytetem. Postawię dużo funtów na to, że Robin wolałby skończyć sezon z dziesięcioma bramkami, byle założyć na głowę tę najważniejszą koronę, czyli mistrza Premier League.
Bramka kolejki:
9. seria spotkań zaowocowała wieloma pięknymi trafieniami. Jak z armaty huknął Leigertwood, niczym Beckham strzelił Mata, ale palmę pierwszeństwa dostają w tym tygodniu Ivan Ramis i jego strzał z woleja po dośrodkowaniu z rogu w meczu przeciwko West Hamowi (2:1). Palce lizać!
Wpadka kolejki:
Sędziowie, sędziowie, sędziowie… Wielką sztuką, wyczynem wręcz epickim było położenie hitów 9. kolejki Premier League, meczów będących samograjami. Nie wiem, co widzieli pan Andre Marriner i jego asystenci, nie uznając prawidłowo zdobytej bramki Luisa Suareza na 3:2 w końcówce derbów Liverpoolu. Jeszcze większej zaćmy dostali chyba arbitrzy pod kierownictwem pana Marka Clattenburga w szlagierze na Stamford Bridge. Fernando Torres powinien arbitrowi codziennie wysyłać zdjęcie siniaka na nodze, którego nabawił się po faulu obrońcy United. Zamiast rzutu wolnego „El Nino” wyleciał z boiska za symulowanie faulu, ku zaskoczeniu całego świata i połowy galaktyki. Będąc konsekwentnym, pan Clattenburg powinien był wyrzucić Rooneya za drugą żółtą kartkę po faulu angielskiego napastnika. Brak reakcji arbitra. Sam SAF był tym zaskoczony, po cichu zdejmując z boiska „Wazzę” parę minut później, by nie kusić dalej losu. Wreszcie gol „Chicharito”. Ewidentny spalony… Smutne jest, że w najlepszej lidze świata sędziują arbitrzy o umiejętnościach z klasy lokalnej…