9. seria spotkań Premier League za nami. Weekendowe zmagania w najlepszej lidze świata zostały przyćmione poziomem sędziowania godnym ósmej ligi peruwiańskiej. Niczym w popularnej reklamie sędziów postanowili za to zawstydzić piłkarze, reagując na ich wybryki piękną grą. Już wiemy, kto zawiódł w ostatni weekend, skupmy się zatem na tych, którzy chodzić będą dumni jak pawie aż do najbliższej kolejki ligowej.
Chelsea przy wydatnej pomocy arbitra poległa 2:3 w meczu przeciwko Manchesterowi United, który zbliżył się do niej już tylko na jeden punkt. Swoje trzy oczka zdobyli także gracze City, pokonując 1:0 dzielnych piłkarzy Swansea. W tabeli jest coraz większy ścisk, wydaje się jednak, że kwestia mistrzostwa rozstrzygnie się pomiędzy trzema pierwszymi zespołami w klasyfikacji Premier League. Przejdźmy zatem do naszych weekendowych herosów.
Rezerwowi:

Simon Mignolet – stanie w bramce na Britannia Stadium może wywołać lęki, początki depresji, a na pewno kłopoty ze słuchem. Bohaterska postawa belgijskiego bramkarza pozwoliła jego drużynie zdobyć jeden punkt w meczu przeciwko Stoke City. Mignolet coraz częściej potwierdza, że jest fachowcem wysokiej klasy i już niedługo te sunderlandzkie progi mogą być odrobinę za niskie jak na jego nogi.
Fabricio Coloccini – argentyńska skała w mieście „The Geordies”. Od lat filar, symbol, opoka nie tylko defensywy, ale i całego Newcastle. Jeśli tylko jest zdrowy, dumnie dzierży kapitańską opaskę. Bardzo dobry występ przeciwko WBA (2:1). Zawodnik był pewny w odbiorze, solidny w konstruowaniu akcji zaczepnych. Pięknie się starzeje.
Mikel Arteta – solidna partia przeciwko QPR. Robił, co do niego należało, to bardzo dojrzały cofnięty rozgrywający, przyjemnie patrzy się na jego grę, będącą skrzyżowaniem angielskiego pragmatyzmu z hiszpańską fantazją. No i zwycięska bramka w potyczce z QPR, zdobyta na więcej rat niż wynosi solidny kredyt na mieszkanie.
Carlos Tevez/Papiss Demba Cisse – pierwszy za zwycięską bramkę w meczu przeciwko Swansea. Drugi za przebudzenie się z letargu oraz także dające wygraną trafienie w 90. minucie spotkania z WBA. Obaj goleadorzy wracają do gry.
Rezerwowi w dresach usiedli na ławce wraz z menedżerem, przyjrzyjmy się zatem naszej podstawowej jedenastce ochoczo rozgrzewającej się przed meczem:
Julio Cesar – Kazimierz Marcinkiewicz, oglądając popisy brazylijskiego bramkarza w starciu przeciwko „Kanonierom”, krzyknąłby pewnie: „Yes, yes, yes!”. Tak, to był ten stary, dobry Julio Cesar. Piłkołap z Rio był niczym pająk, wyginał się we wszystkie strony, imponował refleksem. Szkoda, że jego koledzy z drużyny nie wzięli z niego przykładu. QPR przegrało 0:1 i osunęło się w ligowy niebyt, ale to Julio Cesar był numero uno potyczki na Emirates.













