Po przerwie na mecze reprezentacji powróciliśmy do tego, co lubimy najbardziej, czyli Premier League. Większość czytających złapie się oczywiście za głowę, jednak nie okłamujmy się: kolejny zwycięski remis Polaków w konfrontacji z Anglikami był jedynie przedsmakiem 8. kolejki rozgrywek o mistrzostwo angielskiej Premier League.
Było jak zwykle ciekawie. Norwich pokazało maluczkim, jak brać się za bary z mocniejszymi, Chelsea – jak nie tracić zimnej krwi, uruchamiając gorącokrwistego Hiszpana, oba Manchestery zrobiły swoje, utrzymując status quo w tabeli. West Ham coraz śmielej puka do drzwi pierwszej czwórki, QPR rozpada się z wielkim hukiem niczym domek z kart. Jakich bohaterów przyniósł nam ostatni weekend? Kto natomiast zawiódł na całej linii, powodując wodospad łez na policzkach kibiców?
Rezerwowi:
Jak pisał Szekspir: „ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś”, dlatego i my musimy kogoś posadzić na ławce rezerwowych, żeby ktoś inny mógł przykuwać uwagę dam swoimi szarżami na murawie.
Brad Jones (fot. skysports.com)
Brad Jones – na koszulce numer jeden, ale w hierarchii Liverpoolu już niekoniecznie. Rosły „Aussie” w wieku trzydziestu lat być może otrzymał prezent od losu w postaci coraz bardziej galaretowatych wraz z wiekiem rąk Pepe Reiny oraz coraz częstszych kontuzji Hiszpana. Jones, jak na piłkołapa, jest wciąż młody i wszystko przed nim. Bezbłędny w meczu z Reading (1:0) wreszcie ma swoje parę minut. Reina wciąż przechodzi rehabilitację, więc ciężko doświadczony przez los (w zeszłym roku zmarł mu synek) Australijczyk może liczyć na kolejny występ w bramce „The Reds”.
James Collins – patrząc na budowę Walijczyka, a później na to, w jakiej gra drużynie, możemy dojść do wniosku, że Collins ma rzeczywiście coś z „Młota” i to w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ostoja, prawdziwa opoka West Hamu w tym sezonie. Przejście Collinsa z Aston Villi przed sezonem i wysokie, 6. miejsce drużyny Allardyce’a to nie przypadek, to naczynia powiązane.
Danny Welbeck & Robin van Persie – chłopcy solidarnie niczym giermkowie króla Wayne’a podzielili się łupami, zostawiając jednak cesarzowi co cesarskie. Sami jednak nie wyszli z napaści na Stoke (4:2) z pustymi rękami. Obaj z bitwy wynieśli po golu i asyście, potwierdzając tezę, że sir Alex jest jednak niczym czarodziej Merlin i tylko sobie znanym sposobem potrafi zmieścić na jednej murawie tyle talentu, i że potrafią oni podzielić się dodatkowo tylko jedną piłką.
Wraz z sukcesem ekonomicznym Premier League i tym czysto sportowym polepszały się stadiony, a wraz z nimi warunki panujące na nich, w tym fotele na ławkach rezerwowych przeznaczone dla piłkarzy. Dzisiaj najczęściej mamy do czynienia z tymi lotniczymi. Skoro nasi rezerwowi już wygodnie się rozsiedli, możemy przedstawić herosów, którzy stworzyli najlepszą
John Ruddy – pokazał, iż nie tak daleko mu znów do bluzy bramkarskiej z numerem jeden, jeśli chodzi o kadrę Anglii, i Joe Hart nie może już spać spokojnie, śniąc o maju i wakacjach na Malediwach. Jeśli przyjąć, że Anglia to świat, to Ruddy jest prawdziwym globetrotterem. Rok rocznie na wypożyczeniu w innym klubie, od 2010 roku broni barw „Kanarków” z Norwich. W weekend zatrzymał Arsenal (1:0). Coś mi podpowiada, że to ostatni sezon Ruddy’ego na Carrow Road i w sierpniu zobaczymy go w jakimś topowym zespole. Per aspera ad astra.
Micah Richards – człowiek o budowie czołgu M1 Abrams, pasujący bardziej na dublera Bane’a w najnowszym Batmanie, aniżeli na piłkarza. Micah radzi sobie jednak świetnie, przemieszczając swoje masywne ciało z przyspieszeniem godnym szybkości cząstek w Zderzaczu Hadronów. Naturalny następca Gary’ego Neville’a, nie wiadomo czemu konsekwentnie pomijany w kadrze kosztem niesłusznie faworyzowanego Glena Johnsona. Świetny powrót po kontuzji, wyróżniająca się postać w meczu z WBA (2:1). Jego rajdy siały popłoch wśród defensorów West Bromu, przy których wyglądał niczym uzbrojony, galopujący samuraj kontra banda wieśniaków z kijami.
Micah Richards (fot. skysports.com)
Gary Cahill – czy ktoś tu jeszcze płacze po Terrym? Klon kapitana „The Blues”. Świetny w odbiorze, kapitalny w wykańczaniu akcji pod bramką przeciwnika. Podobnej postury, jest niczym młodszy brat Johna. Kiedy minie era Terry’ego, fani klubu ze Stamford Bridge mogą spać spokojnie. Cahill zapewni im jeszcze wiele lat spokoju w tyłach, karierę zakończy pewnie w czasie, kiedy śnieg całkowicie już pokryje brodę cara Romana. Anglik zdobył wspaniałą bramkę w meczu z Tottenhamem i jest w tym momencie pewnym punktem defensywy lidera angielskiej Premier League.
Sebastien Bassong – mecz życia Kameruńczyka francuskiego pochodzenia przeciwko Arsenalowi. Defensor „Kanarków” był wszędzie. Znacie to uczucie, gdy upierdliwa osa lata wam koło ucha, przeszkadzając w kółko, a wy nie możecie jej przegonić? Taki właśnie był Bassong w konfrontacji z „Kanonierami”. Gdy atak Arsenalu szarżował raz po raz na świątynię innego bohatera tej kolejki, czyli Johna Ruddy’ego, wtedy zjawiał się Sebastien i dokuczał piłkarzom Wengera. Bassong po nieudanej próbie wywalczenia sobie miejsca w klubie z White Hart Lane, bez żalu został oddany najpierw na wypożyczenie do Wolverhampton, by podpisać później umowę z Norwich. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.
John Arne Riise – legenda Liverpoolu, człowiek słynący niegdyś z prawdziwego młotka w nodze. Wielu nawet na nie czyhało, Craig Bellamy chciał je Johnowi połamać kijem golfowym. Dzisiaj solidny piłkarz, tylko od czasu do czasu przypominający nam o ekspresji, z której kiedyś przecież słynął. Norweski Roberto Carlos pohulał za to w weekend, rozgrywając kapitalne zawody przeciwko Aston Villi (1:0). Mimo przybywających lat na karku, miło patrzy się na jego grę. Coraz wolniejszy, za to coraz bardziej dostojny i wydajny w ruchach.
Raheem Sterling – nieoszlifowany diament powoli zamieniający się w dorodny brylant. Iskra rozpalająca silnik Liverpoolu. Ma potencjał, by zostać dla klubu kimś takim, jak sam Stevie G. Sterling ma dopiero 17 lat. Świetlana przyszłość maluje się zatem przed nim. Szybszy niż wszystko, co się rusza na boiskach Premier League. W meczu z Arsenalem Walcott wyglądał przy nim niczym staruszek obładowany dodatkowo workami z piachem. W weekendowym spotkaniu przeciwko Reading, zakończonym wynikiem 1:0, Raheem dołożył do swej korony perłę, której mu brakowało, mianowicie gola. Jego trafienie dało trzy punkty „The Reds”, a jemu samemu klucze do bram czerwonej części Merseyside.
Kevin Nolan & Mark Noble – West Ham szósty. To zdanie powinno samo w sobie stanowić nominację dla obu panów do jedenastki kolejki. Powiecie: West Ham zbił 4:1 Southampton, ale przecież to tylko „Święci”. Otóż nie. West Ham zajmuje aż 6. miejsce, magiczny palec „Big Sama” maluje świetlaną przyszłość klubu z Boleyn Ground. Wiadomo, jaki los spotkał Annę Boleyn, nie zanosi się jednak, by taki sam stał się udziałem „Cockney Boys” w najbliższym czasie. Chłopaki idą jak burza. Noble wyrasta na świetnego środkowego pomocnika, Nolan robi to, co robił wszędzie, gdzie grał, czyli walczy, zasuwa, strzela oraz, jak w tej znanej polskiej piosence hip-hopowej: a ja ciągle biegam, biegam, biegam, biegam… Nolan to płuca tej drużyny. Drużyna Allardyce’a jest na fali wznoszącej, a świetna postawa obu pomocników pomogła zdemolować w weekend wspomniany już Southampton. Czyżby wyrastała nowa potęga w Londynie i czuć było rosnące podniecenie jak za złotych czasów sir Bobby’ego Moore’a ?
Edin Dżeko – niewdzięczny los tego chłopaka. Wygląda na to, że Roberto Mancini chce kopiować mistrza i zapragnął mieć własnego „baby face killera”. Trochę też w tym winy samego Bośniaka. Jak grał od pierwszej minuty, to zawodził. Jak wchodził z ławki, obrót o 180 stopni. Widzieliście kiedyś spaghetti western „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” Sergio Leone? Dżeko grający z ławki jest niczym Mężczyzna zwany Harmonijką, główny bohater filmu. Wchodzi do baru i bez zbędnych słów oraz cienia emocji strzela wszystkim między oczy, zabija jednego po drugim zbirów odpowiedzialnych za śmierć jego brata. Tak w weekend przeciwko WBA grał Dżeko. Wszedł z ławki, chwilę później wyrównał na 1:1, by w doliczonym czasie gry dać trzy punkty swojemu zespołowi. Mancini piał z zachwytu, ale tajemnicą poliszynela jest fakt, że Edinowi jego sytuacja kadrowa się nie podoba i wolałby grać od pierwszej minuty, aniżeli jako joker z ławki. Cóż, każdy woli być Batmanem.
Wayne Rooney (fot. Skysports.com)
Wayne Rooney – trwa dobra passa „Wazzy”. Sir Alex znalazł mu dobrych pomocników, RvP oraz Welbeck stanowią świetne uzupełnienie eklektycznej gry Rooney’a, będącego coraz bardziej wolnym elektronem w układance SAF’a. Anglik wraca po piłkę, rozgrywa, walczy w obronie, dośrodkowuje, strzela, drybluje, prawdziwy człowiek orkiestra. Tak naprawdę ciężko przypisać Wayne’a do jednej pozycji, idzie coraz bardziej z duchem czasu, stara się czerpać z elastyczności CR7 oraz Messiego. Przeciwko Stoke zagrał na 2+1. Dwie strzelił do siatki Begovica, jedną do bramki De Gei. Dodatkowo asysta przy golu Welbecka. Prawdziwy lider i „Wazza”, jakiego znamy. Widać też, że brzuch lepszy (czytaj: mniejszy) niż w sierpniu.
Teraz przyszła pora na bohatera kolejki, czyli pana, który wgniótł nas w fotel, pozostawiając samotnie w chwili zadumy z kuflem ciemnego (obowiązkowo) piwa w dłoni:
Juan Mata – ileż tu już peanów stworzyliśmy na jego cześć, ileż górnolotnych słów tu padło pod adresem filigranowego brodatego Hiszpana. Gdy o nim myślę, przychodzą mi na myśl dwa porównania. Pierwsze to mały Mata w stroju Napoleona pochylający się nad mapą, ustalający plan decydującego ataku w drugiej połowie bitwy przeciwko Tottenhamowi (4:2). Drugie to Mata niczym Marty McFly, bohater cyklu filmów „Powrót do przyszłości”, uciekający goniącym go rywalom na swojej powietrznej deskorolce, omijający wszelkie przeszkody z uśmiechem na ustach. Popularny RDM powinien opłacać równie popularnemu AVB do końca sezonu obiady w najlepszej londyńskiej restauracji za to, że ten kupił malutkiego Hiszpana w zeszłym sezonie. Dwa gole oraz asysta przy bramce Danny’ego Sturridge’a dają Macie bezapelacyjny tytuł wszechwag, jeśli chodzi o piłkarski weekend na Wyspach.
Gol kolejki:
Trafienie Gary’ego Cahilla we wspomnianym już wcześniej meczu przeciwko „Kogutom” (4:2). Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego i delikatnym zamieszaniu angielski stoper potężnie huknął w środek świątyni Brada Friedela, a piłka zatrzepotała w siatce ku zdziwieniu amerykańskiego bramkarza.
Secondo. Nominacja nazwijmy ją „całosezonowa”, czyli powolnej agonii QPR ciąg dalszy. Niby 1:1 z silnym w tej kampanii Evertonem, ale to i tak prawdziwy „Skyfall” na Loftus Road…
Terzo. Robię to z ciężkim sercem, ale nieudany debiut Artura Boruca w meczu przeciwko WHU, przegranym przez Southampton 1:4. Nie będziemy się jednak pastwić nad polskim bramkarzem, weźmy to wszystko na karb ciężkiej komunikacji ze stoperami wynikającej z rozbratu z ojczystą mową Davida Beckhama. Za tydzień będzie lepiej.
Juan ma genialną formę i jeśli ją podtrzyma, to
bezdyskusyjnie piłkarz października.
~
~0biektywny
moim zdaniem pilkarzem pazdziernika powinien zostac :
rooney,rvp,santi cazorla lub baines…
Dodaj komentarz
Po przerwie na mecze reprezentacji powróciliśmy do tego, co lubimy najbardziej, czyli Premier League. Większość czytających złapie się oczywiście za głowę, jednak nie okłamujmy się: kolejny zwycięski remis Polaków w konfrontacji z Anglikami był jedynie przedsmakiem 8. kolejki rozgrywek o mistrzostwo angielskiej Premier League.
Było jak zwykle ciekawie. Norwich pokazało maluczkim, jak brać się za bary z mocniejszymi, Chelsea – jak nie tracić zimnej krwi, uruchamiając gorącokrwistego Hiszpana, oba Manchestery zrobiły swoje, utrzymując status quo w tabeli. West Ham coraz śmielej puka do drzwi pierwszej czwórki, QPR rozpada się z wielkim hukiem niczym domek z kart. Jakich bohaterów przyniósł nam ostatni weekend? Kto natomiast zawiódł na całej linii, powodując wodospad łez na policzkach kibiców?
Rezerwowi:
Jak pisał Szekspir: „ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś”, dlatego i my musimy kogoś posadzić na ławce rezerwowych, żeby ktoś inny mógł przykuwać uwagę dam swoimi szarżami na murawie.
Brad Jones (fot. skysports.com)
Brad Jones – na koszulce numer jeden, ale w hierarchii Liverpoolu już niekoniecznie. Rosły „Aussie” w wieku trzydziestu lat być może otrzymał prezent od losu w postaci coraz bardziej galaretowatych wraz z wiekiem rąk Pepe Reiny oraz coraz częstszych kontuzji Hiszpana. Jones, jak na piłkołapa, jest wciąż młody i wszystko przed nim. Bezbłędny w meczu z Reading (1:0) wreszcie ma swoje parę minut. Reina wciąż przechodzi rehabilitację, więc ciężko doświadczony przez los (w zeszłym roku zmarł mu synek) Australijczyk może liczyć na kolejny występ w bramce „The Reds”.
James Collins – patrząc na budowę Walijczyka, a później na to, w jakiej gra drużynie, możemy dojść do wniosku, że Collins ma rzeczywiście coś z „Młota” i to w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ostoja, prawdziwa opoka West Hamu w tym sezonie. Przejście Collinsa z Aston Villi przed sezonem i wysokie, 6. miejsce drużyny Allardyce’a to nie przypadek, to naczynia powiązane.
Danny Welbeck & Robin van Persie – chłopcy solidarnie niczym giermkowie króla Wayne’a podzielili się łupami, zostawiając jednak cesarzowi co cesarskie. Sami jednak nie wyszli z napaści na Stoke (4:2) z pustymi rękami. Obaj z bitwy wynieśli po golu i asyście, potwierdzając tezę, że sir Alex jest jednak niczym czarodziej Merlin i tylko sobie znanym sposobem potrafi zmieścić na jednej murawie tyle talentu, i że potrafią oni podzielić się dodatkowo tylko jedną piłką.
Wraz z sukcesem ekonomicznym Premier League i tym czysto sportowym polepszały się stadiony, a wraz z nimi warunki panujące na nich, w tym fotele na ławkach rezerwowych przeznaczone dla piłkarzy. Dzisiaj najczęściej mamy do czynienia z tymi lotniczymi. Skoro nasi rezerwowi już wygodnie się rozsiedli, możemy przedstawić herosów, którzy stworzyli najlepszą
jedenastkę tygodnia:
John Ruddy – pokazał, iż nie tak daleko mu znów do bluzy bramkarskiej z numerem jeden, jeśli chodzi o kadrę Anglii, i Joe Hart nie może już spać spokojnie, śniąc o maju i wakacjach na Malediwach. Jeśli przyjąć, że Anglia to świat, to Ruddy jest prawdziwym globetrotterem. Rok rocznie na wypożyczeniu w innym klubie, od 2010 roku broni barw „Kanarków” z Norwich. W weekend zatrzymał Arsenal (1:0). Coś mi podpowiada, że to ostatni sezon Ruddy’ego na Carrow Road i w sierpniu zobaczymy go w jakimś topowym zespole. Per aspera ad astra.
Micah Richards – człowiek o budowie czołgu M1 Abrams, pasujący bardziej na dublera Bane’a w najnowszym Batmanie, aniżeli na piłkarza. Micah radzi sobie jednak świetnie, przemieszczając swoje masywne ciało z przyspieszeniem godnym szybkości cząstek w Zderzaczu Hadronów. Naturalny następca Gary’ego Neville’a, nie wiadomo czemu konsekwentnie pomijany w kadrze kosztem niesłusznie faworyzowanego Glena Johnsona. Świetny powrót po kontuzji, wyróżniająca się postać w meczu z WBA (2:1). Jego rajdy siały popłoch wśród defensorów West Bromu, przy których wyglądał niczym uzbrojony, galopujący samuraj kontra banda wieśniaków z kijami.
Micah Richards (fot. skysports.com)
Gary Cahill – czy ktoś tu jeszcze płacze po Terrym? Klon kapitana „The Blues”. Świetny w odbiorze, kapitalny w wykańczaniu akcji pod bramką przeciwnika. Podobnej postury, jest niczym młodszy brat Johna. Kiedy minie era Terry’ego, fani klubu ze Stamford Bridge mogą spać spokojnie. Cahill zapewni im jeszcze wiele lat spokoju w tyłach, karierę zakończy pewnie w czasie, kiedy śnieg całkowicie już pokryje brodę cara Romana. Anglik zdobył wspaniałą bramkę w meczu z Tottenhamem i jest w tym momencie pewnym punktem defensywy lidera angielskiej Premier League.
Sebastien Bassong – mecz życia Kameruńczyka francuskiego pochodzenia przeciwko Arsenalowi. Defensor „Kanarków” był wszędzie. Znacie to uczucie, gdy upierdliwa osa lata wam koło ucha, przeszkadzając w kółko, a wy nie możecie jej przegonić? Taki właśnie był Bassong w konfrontacji z „Kanonierami”. Gdy atak Arsenalu szarżował raz po raz na świątynię innego bohatera tej kolejki, czyli Johna Ruddy’ego, wtedy zjawiał się Sebastien i dokuczał piłkarzom Wengera. Bassong po nieudanej próbie wywalczenia sobie miejsca w klubie z White Hart Lane, bez żalu został oddany najpierw na wypożyczenie do Wolverhampton, by podpisać później umowę z Norwich. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.
John Arne Riise – legenda Liverpoolu, człowiek słynący niegdyś z prawdziwego młotka w nodze. Wielu nawet na nie czyhało, Craig Bellamy chciał je Johnowi połamać kijem golfowym. Dzisiaj solidny piłkarz, tylko od czasu do czasu przypominający nam o ekspresji, z której kiedyś przecież słynął. Norweski Roberto Carlos pohulał za to w weekend, rozgrywając kapitalne zawody przeciwko Aston Villi (1:0). Mimo przybywających lat na karku, miło patrzy się na jego grę. Coraz wolniejszy, za to coraz bardziej dostojny i wydajny w ruchach.
Raheem Sterling – nieoszlifowany diament powoli zamieniający się w dorodny brylant. Iskra rozpalająca silnik Liverpoolu. Ma potencjał, by zostać dla klubu kimś takim, jak sam Stevie G. Sterling ma dopiero 17 lat. Świetlana przyszłość maluje się zatem przed nim. Szybszy niż wszystko, co się rusza na boiskach Premier League. W meczu z Arsenalem Walcott wyglądał przy nim niczym staruszek obładowany dodatkowo workami z piachem. W weekendowym spotkaniu przeciwko Reading, zakończonym wynikiem 1:0, Raheem dołożył do swej korony perłę, której mu brakowało, mianowicie gola. Jego trafienie dało trzy punkty „The Reds”, a jemu samemu klucze do bram czerwonej części Merseyside.
Kevin Nolan & Mark Noble – West Ham szósty. To zdanie powinno samo w sobie stanowić nominację dla obu panów do jedenastki kolejki. Powiecie: West Ham zbił 4:1 Southampton, ale przecież to tylko „Święci”. Otóż nie. West Ham zajmuje aż 6. miejsce, magiczny palec „Big Sama” maluje świetlaną przyszłość klubu z Boleyn Ground. Wiadomo, jaki los spotkał Annę Boleyn, nie zanosi się jednak, by taki sam stał się udziałem „Cockney Boys” w najbliższym czasie. Chłopaki idą jak burza. Noble wyrasta na świetnego środkowego pomocnika, Nolan robi to, co robił wszędzie, gdzie grał, czyli walczy, zasuwa, strzela oraz, jak w tej znanej polskiej piosence hip-hopowej: a ja ciągle biegam, biegam, biegam, biegam… Nolan to płuca tej drużyny. Drużyna Allardyce’a jest na fali wznoszącej, a świetna postawa obu pomocników pomogła zdemolować w weekend wspomniany już Southampton. Czyżby wyrastała nowa potęga w Londynie i czuć było rosnące podniecenie jak za złotych czasów sir Bobby’ego Moore’a ?
Edin Dżeko – niewdzięczny los tego chłopaka. Wygląda na to, że Roberto Mancini chce kopiować mistrza i zapragnął mieć własnego „baby face killera”. Trochę też w tym winy samego Bośniaka. Jak grał od pierwszej minuty, to zawodził. Jak wchodził z ławki, obrót o 180 stopni. Widzieliście kiedyś spaghetti western „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” Sergio Leone? Dżeko grający z ławki jest niczym Mężczyzna zwany Harmonijką, główny bohater filmu. Wchodzi do baru i bez zbędnych słów oraz cienia emocji strzela wszystkim między oczy, zabija jednego po drugim zbirów odpowiedzialnych za śmierć jego brata. Tak w weekend przeciwko WBA grał Dżeko. Wszedł z ławki, chwilę później wyrównał na 1:1, by w doliczonym czasie gry dać trzy punkty swojemu zespołowi. Mancini piał z zachwytu, ale tajemnicą poliszynela jest fakt, że Edinowi jego sytuacja kadrowa się nie podoba i wolałby grać od pierwszej minuty, aniżeli jako joker z ławki. Cóż, każdy woli być Batmanem.
Wayne Rooney (fot. Skysports.com)
Wayne Rooney – trwa dobra passa „Wazzy”. Sir Alex znalazł mu dobrych pomocników, RvP oraz Welbeck stanowią świetne uzupełnienie eklektycznej gry Rooney’a, będącego coraz bardziej wolnym elektronem w układance SAF’a. Anglik wraca po piłkę, rozgrywa, walczy w obronie, dośrodkowuje, strzela, drybluje, prawdziwy człowiek orkiestra. Tak naprawdę ciężko przypisać Wayne’a do jednej pozycji, idzie coraz bardziej z duchem czasu, stara się czerpać z elastyczności CR7 oraz Messiego. Przeciwko Stoke zagrał na 2+1. Dwie strzelił do siatki Begovica, jedną do bramki De Gei. Dodatkowo asysta przy golu Welbecka. Prawdziwy lider i „Wazza”, jakiego znamy. Widać też, że brzuch lepszy (czytaj: mniejszy) niż w sierpniu.
Teraz przyszła pora na bohatera kolejki, czyli pana, który wgniótł nas w fotel, pozostawiając samotnie w chwili zadumy z kuflem ciemnego (obowiązkowo) piwa w dłoni:
Juan Mata – ileż tu już peanów stworzyliśmy na jego cześć, ileż górnolotnych słów tu padło pod adresem filigranowego brodatego Hiszpana. Gdy o nim myślę, przychodzą mi na myśl dwa porównania. Pierwsze to mały Mata w stroju Napoleona pochylający się nad mapą, ustalający plan decydującego ataku w drugiej połowie bitwy przeciwko Tottenhamowi (4:2). Drugie to Mata niczym Marty McFly, bohater cyklu filmów „Powrót do przyszłości”, uciekający goniącym go rywalom na swojej powietrznej deskorolce, omijający wszelkie przeszkody z uśmiechem na ustach. Popularny RDM powinien opłacać równie popularnemu AVB do końca sezonu obiady w najlepszej londyńskiej restauracji za to, że ten kupił malutkiego Hiszpana w zeszłym sezonie. Dwa gole oraz asysta przy bramce Danny’ego Sturridge’a dają Macie bezapelacyjny tytuł wszechwag, jeśli chodzi o piłkarski weekend na Wyspach.
Gol kolejki:
Trafienie Gary’ego Cahilla we wspomnianym już wcześniej meczu przeciwko „Kogutom” (4:2). Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego i delikatnym zamieszaniu angielski stoper potężnie huknął w środek świątyni Brada Friedela, a piłka zatrzepotała w siatce ku zdziwieniu amerykańskiego bramkarza.
Secondo. Nominacja nazwijmy ją „całosezonowa”, czyli powolnej agonii QPR ciąg dalszy. Niby 1:1 z silnym w tej kampanii Evertonem, ale to i tak prawdziwy „Skyfall” na Loftus Road…
Terzo. Robię to z ciężkim sercem, ale nieudany debiut Artura Boruca w meczu przeciwko WHU, przegranym przez Southampton 1:4. Nie będziemy się jednak pastwić nad polskim bramkarzem, weźmy to wszystko na karb ciężkiej komunikacji ze stoperami wynikającej z rozbratu z ojczystą mową Davida Beckhama. Za tydzień będzie lepiej.