Ciekawy weekend zaserwowali nam piłkarze Premier League. Nie zawiodły szlagiery, na angielskich murawach było jak zwykle bardzo gorąco. Przewagę powiększył Manchester United, uciekając swoim hałaśliwym sąsiadom już na dziewięć punktów w tabeli. Padło dużo bramek, objawili się także nowi bohaterowie. Zapraszam na najlepszą jedenastkę 25. kolejki Premier League.
Rezerwowi:
Mark Bunn – niewysoki bramkarz (zaledwie 180 cm) Norwich City. Dotychczas solidny ligowy piłkarz, niczym specjalnie niewyróżniający się z tłumu innych „Kanarków”, a tu proszę. Chłopcy Hughtona obronili się przed łapiącym niezłą formę QPR, a Bunn obronił rzut karny wykonywany przez Adela Taarabta.

Wayne Rooney – powrót do równej formy, odzyskał skuteczność. Wszystkie trzy ostatnie ligowe trafienia należą właśnie do „Wazzy”. Zaciął się RvP, odblokował nam się za to Rooney. Zwycięski gol w meczu z Fulham, zakończonym skromnym 1:0. Bramka na wagę trzech punktów. Tylko tyle i aż tyle.
Podstawowa jedenastka:
Julio Cesar – wróciła brazylijska maszyna z czasów Interu Mediolan. To, co rosły bramkarz z Loftus Road wyczynia w ostatnim czasie, wywołuje jedynie czerwień i ciepło na policzkach plus przyspieszone bicie serca. Chyba najlepszy obecnie piłkołap grający w Anglii. Wielka klasa, którą potwierdził w zremisowanym 0:0 meczu z Norwich.
Jonny Evans – Rio Ferinandowi bliżej już do plaż Saint Tropez aniżeli do poważnej piłki, zatem czas na młodego Evansa. Niełatwo się gra, ciągle słysząc, że twoja drużyna szuka następców dla swoich dwóch legendarnych stoperów, mając akurat ciebie pod nosem. Irlandczyk jest jednak twardy i wciąż udowadnia, że to on będzie tu dzielił wzdłuż i wszerz, zostając nowym Pallisterem czy Bruce’em. Dobry sezon Evansa, świetny w meczu z Fulham (1:0).
Davide Santon – kolejny import z Interu Mediolan. Utalentowany dzieciak, który zmężniał i wyrósł na St James’ Park na kawał obrońcy o światowej klasie. Niezaspokojone inklinacje ofensywne czynią z niego czołowego lewego defensora Premier League. Świetny mecz z Chelsea (3:2).
Leighton Baines – nietypowo, bo nasza wataha wybiegnie z dwoma lewymi obrońcami, no ale cóż. Oboje zasłużyli. Baines to wahadełko, w którego rytm działa ofensywna maszyneria Evertonu. Bardzo pozytywny chłopak, pierwszy rockman Premier League. W thrillerze z Aston Villą (3:3) znów szarpał, nacierał, mknął lewą flanką niesiony swoimi malutkimi stópkami (rozmiar zaledwie 6,5). Bez niego „The Toffees” nie istnieją. Plus te baki, Leighton to reklama klasycznego angielskiego piłkarza z minionych dekad.










