22. kolejka Premier League za nami. Emocji było co niemiara, dodatkowo okraszonych bardzo dobrą Super Sunday. Znów zwycięskie obie ekipy z Manchesteru, swój rytm łapie także Chelsea. Kto zasłużył zatem na powołanie do elitarnej jedenastki kolejki?
Status quo w tabeli utrzymany. Obie manchesterskie firmy nadal dzieli od siebie siedem punktów, co zapowiada ciekawy rozwój wydarzeń w dalszej części sezonu oraz emocjonującą (miejmy nadzieję) końcówkę obecnej kampanii wojennej pod szyldem Premier League. Swoje zrobili „The Blues”, wykorzystując bardzo słaby dzień bardzo solidnego zazwyczaj piłkarza, znów błysnęła druga linia zespołu. Swoje punkty ugrał Southampton, bohatersko broniąc Częstochowy w meczu przeciwko Aston Villi. Niesamowicie w końcówce zagrało Reading ku uciesze Johna Madejskiego i Antona Zingarewicza, siedzących w loży honorowej. „The Royals” dźwignęli się z 0:2, rzutem na taśmę wyrywając WBA zwycięstwo w ostatnich sekundach meczu. Ale po kolei.
Rezerwowi:
Romelu Lukaku, West Bromwich Albion (fot. skysports.com)
Artur Boruc, Jack Cork, Rickie Lambert – na takie nietypowe wyróżnienie zasłużył trójgłowy smok z St. Mary’s Stadium. „Święci” wywieźli ważne trzy punkty z Villa Park, wygrywając 1:0. Boruc zagrał nareszcie dobrze, powolutku buduje swoją pozycję na angielskich murawach. Oprócz jednej sytuacji, w której mógł zachować się lepiej, był zaporą nie do przejścia, zwłaszcza ku rozpaczy Christiana Benteke. Jack Cork to kolejny po polskim bramkarzu piłkarz, który wraca do życia w barwach Southamptonu. Wychowanek Chelsea tułał się na wypożyczeniu od klubu do klubu, dopóki nie znalazł swojego miejsca w drużynie Nigela Adkinsa. Przeciwko Villi znakomicie czyścił z tyłu grę, zabezpieczając linię defensywną zespołu. A Rickie Lambert? Jak to Rickie. Zrobił swoje, wykorzystując z zimną krwią rzut karny. A wbrew pozorom niełatwa to sztuka. Spytajcie Edina Dzeko.
Luke Shaw – jeszcze jeden piłkarz Southamptonu, którego jednak postanowiłem umieścić w osobnej rubryce. Na tle całej ligi jego występ nie był może jakiś wybitnie spektakularny, „outstanding” jak by to określili Anglicy. Chłopak rozegrał jednak bardzo dobre 87 minut (został zmieniony tuż przed końcem meczu) przeciwko AV. A dlaczego znalazł się w tym zestawieniu? Luke to rocznik 1995. Dopiero w lecie skończy 18 lat. Już teraz kreuje się go na nowego Leightona Bainesa (troszkę z racji tej samej pozycji na boisku i podobnej aparycji). Brawa dla Nigela Adkinsa za odważne stawianie na młodzież. Nie każdy menedżer zdecydowałby się na wystawienie 17-letniego obrońcy od pierwszej do niemalże 90. minuty spotkania. W ogóle „Święci” mają zdolnych juniorów. Jest jeszcze ten błyskotliwy James Word-Prowse, tylko rok przecież starszy od Shawa, a już mający za sobą występy w BPL.
Frank Lampard – nie taki koniec wymarzył sobie Frank. Nie wiadomo, jakie pobudki kierują wierchuszką Chelsea, ale raczej nie szacunek dla tradycji i kultywowanie legend, tak powszechne przecież w innych angielskich klubach. Już teraz wiadomo, że na 99% Abramowicz nie przedłuży„Lampsowi” kontraktu i ten odejdzie po zakończeniu obecnego sezonu. Sytuacja jest tym bardziej dziwna, że im dalej w sezon, tym częściej Lampard gra, dodatkowo w podstawowej jedenastce. I to jak gra! Frankie zagrał w 13 meczach w tej kampanii i zdobył aż siedem goli! W weekend był jednym z dyrygentów dewastacji Stoke, dzielnie dowodząc partnerami w środku pola, jak zwykle świetnie rozdzielając piłki. Dodatkowo zdobył bramkę z karnego. Nie rozumiem polityki Chelsea, bo takich piłkarzy jak Lampard, ikon klubu, się nie puszcza, choćby mieli grać ogony. Sam Frank zaproponował obniżkę gaży, byle tylko móc zostać na Stamford Bridge. Całą sytuację monitoruje jednak ktoś, kto docenia doświadczonych graczy bardziej niż car Roman. Czyżby Lampard od nowego sezonu „Czerwonym Diabłem”?
Rezerwowi w komplecie, spójrzmy zatem na jedenastu bohaterów ostatniej kolejki:
Mark Schwarzer – był Luke Shaw, rocznik 1995, będzie dla odmiany Schwarzer, rocznik 1972. Jak łatwo wyliczyć, na plecach doświadczonego Australijczyka zagościł niedawno piąty krzyżyk, ale jaka forma! Jeśli nie prowadzisz życia jak Mark Bosnich, możesz grać dobrze w bramce nawet po czterdziestce. Mark zaprezentował się w weekend doprawdy wybornie, niczym ściana blokując uderzenia graczy Wigan (1:1). Sposób na Australijczyka znalazł dopiero cwany Franko Di Santo, ale i tak Schwarzer był niczym kot między słupkami bramki Fulham. W pełni zasłużona nominacja do jedenastki kolejki.
Nemanja Vidic – twardy jak skała Serb jest prawdziwym talizmanem United. Z nim w tyłach drużyna wygląda o wiele lepiej, nie popełnia głupich błędów, jakie zdarzały się defensorom „Czerwonych Diabłów” pod nieobecność Nemanji. Przeciwko „The Reds” (2:1) wykonał katorżniczą pracę na tyłach, nie dając pograć ofensywie Liverpoolu. Tylko raz Vidić i Ferdinand zostali zaskoczeni przez Sturridge’a, co nie zaciera jednak obrazu czystej perfekcji w defensywie, jaką zaprezentował Serb w minioną niedzielę. Plus zwycięska bramka, chociaż trochę przypadkowa.
Frank Lampard (fot. skysports.com)
Leighton Baines & Patrice Evra – osobne drużyny, osobne mecze, taka sama pozycja na boisku i identyczna efektywność. Baines jest mistrzem kreowania sytuacji bramkowych kolegom. Jego stałe fragmenty gry przeszły już do legendy i bramkarzom drżą nogi na samą myśl o Leightonie ustawiającym piłkę gdzieś na 20. metrze od ich bramki. W sobotę „The Toffees” co prawda tylko zremisowali ze Swansea, ale filigranowy Anglik znów czarował na boisku, siejąc popłoch na lewym skrzydle. Evra natomiast przeżywa drugą młodość. Nie dość, że dość regularnie zdobywa bramki w tym sezonie (już cztery), to robi to często głową, a do najwyższych to on przecież nie należy. W niedzielę zaliczył asystę przy otwierającym wynik meczu trafieniu Robina van Persiego.
Cesar Azpilicueta – długo walczył o miejsce w składzie „The Blues”. Hiszpan przyszedł z Marsylii, w której barwach robił furorę na boiskach Ligue 1. Po okresie przejściowym, kiedy wdrażał się w realia angielskich muraw, Cesar coraz śmielej zaczyna radzić sobie w BPL. Obok Rafaela z United jest jednym z ciekawszych prawych obrońców w Anglii. Bardzo dobre zawody przeciwko Stoke (4:0).
Eden Hazard – obudził nam się mały generał rodem z Belgii. Eden zaczyna znów grać tak jak na początku sezonu, kiedy panował wszerz i wzdłuż, bezczelnie ogrywając uznane tuzy defensywy. Były playmaker Lille, ustawiany w barwach „The Blues” zazwyczaj na skrzydle, w meczu ze Stoke (4:0) znów hasał po murawie z wrodzoną lekkością, której brakowało mu troszkę w ostatnim czasie. Anglia – wiadomo – to nie Francja, a i kości trzeszczą bardziej, no i obrońcy bardziej wymagający. Po przejściowym szoku fizycznym, wynikającym ze zmiany ligi, Eden znów wrócił na swój poziom. No i ta bramka…
Jimmy Kebe – zawsze miło powitać nowe nazwisko w zestawieniu. Gra dla ekip z dołu tabeli jest wybitnie specyficzna. W takich warunkach wybijają się przeważnie bramkarze, bo mają więcej pracy niż np. Joe Hart w City. Jest to okazja dla stoperów, bo gdy wyjdzie im mecz i zachowają zero z tyłu, to także wynoszeni są na piedestał. A ofensywne linie? Te mają najgorzej, bo muszą się mierzyć z lepszymi od siebie i nieczęsto trafiają na czołówki gazet sportowych. Jimmy Kebe, wysoki skrzydłowy rodem z Mali, zagrał w weekend życiówkę. Najpierw zdobył kontaktową bramkę głową, a później wywalczył rzut karny tuż przed końcem meczu, skutecznie zamieniony na gola przez Adama le Fondre’a. Co było później, wszyscy już wiemy. Pogrebniak na 3:2 i sensacja w Reading. Oklaski dla Jimmy’ego Kebe!
James Milner – był blisko tytułu gracza kolejki. Świetna forma w meczu z Arsenalem (2:0). Strzelił pierwszą bramkę potężnym uderzeniem, nie dając żadnych szans Szczęsnemu. Biegał, szarpał, dryblował. Znów przypominał tego żądnego gry gołowąsa, jakim był za czasów gry w Leeds i Newcastle. Od pewnego czasu myślałem o nim już wyłącznie w kategoriach piłkarza, który będzie jedynie odcinał kupony od sławy, śpiąc spokojnie w pościeli haftowanej w petrofunty. Dobrze, że Milner znów błyszczy, bo papiery na to ma jak mało kto. Może właściwie zagrać na każdej pozycji w pomocy, od skrzydła do środkowego cofniętego pomocnika. Krępy, mocno trzymający się na nogach, szybki. Rewitalizacja.
Van Persie (fot. skysports.com)
Danny Sturridge – pisałem o nim też tutaj. Sturridge może okazać się objawieniem dla „The Reds”, dając alternatywę w ofensywie, dotąd uzależnionej jedynie od Luisa Suareza. Gra Liverpoolu przypominała często taki schemat: cała drużyna stała i czekała, co wymyślą Suarez i Gerrard. Oczywiście celowo przekoloryzowałem ten przykład, niemniej jednak przyda się liverpoolczykom ktoś tak szybki i dobry technicznie, myślący nieszablonowo, łamiący kanony statycznej i przewidywalnej do bólu gry. Wydaje się, iż młody napastnik znalazł wreszcie odpowiednie dla siebie miejsce do kopania piłki i właśnie na Anfield dostanie swoją życiową szansę. Sturridge grywał ogony w Chelsea, sprawiając momentami wrażenie rozkapryszonego. Wydaje się piłkarzem, któremu o wiele lepiej idzie, jeśli ma czarno na białym napisane, że od teraz to on będzie gwiazdą i ma pełne zaufanie trenera. Tego nie miał na Stamford Bridge, a otrzymał to właśnie wraz z podpisaniem kontraktu z Liverpoolem. W meczu z United momentalnie zaznaczył swoją obecność na murawie, nie tylko golem, ale przede wszystkim świetną grą. Stworzy ekscytujący atak wraz Luisem Suarezem.
Robin van Persie – o Robinie napisano już wszystko, nie będę więc oryginalny. Artysta murawy, poszedł poniekąd w ślady rodziców, matka jest bowiem malarką, a ojciec rzeźbiarzem. Aktualny i przyszły (zapewne) król strzelców Premier League. Od pierwszego momentu pokochany na Old Trafford, czarujący pięknymi bramkami. Zupełnie inny niż „Wazza”. Wayne Rooney jest niczym pszczoła robotnica, przemierzając niestrudzenie boisko wzdłuż i wszerz, grając na innych i harując za trzech. RvP porusza się po boisku z lekkością, zadając ciosy niespodziewanie. Jest jak żądło wbijane w odpowiednim momencie. Takie ukąszenie zadał też przeciwko Liverpoolowi, zdobywając bramkę na 1:0. Wiedział, co robi sir Alex, wydając grube miliony na nie najmłodszego już przecież Holendra.
James Milner był blisko, ale tylko jeden zawodnik był w stanie wydrzeć mu nagrodę dla gracza kolejki:
Romelu Lukaku – gdyby miał więcej szczęścia w meczu przeciwko Reading (2:3), zdobyłby cztery bramki i na nic zdałaby się heroiczna pogoń graczy Briana McDermotta. Tak skończyło się na „zaledwie” dwóch golach i dwóch poprzeczkach belgijskiego napastnika. Pięknie rozwija się Lukaku w drużynie Steve’a Clarke’a. Romelu wypożyczony jest z Chelsea do końca sezonu, ale niewykluczone, iż zostanie na The Hawthorns aż do czerwca przyszłego roku. Sam zainteresowany nie chce na razie nigdzie się ruszać, spokojnie szlifując umiejętności i przede wszystkim dostając szanse gry, na które nie mógł liczyć w zeszłym sezonie, w naszpikowanej gwiazdami Chelsea. Chłopak ma dopiero 19 lat, a już zdążył zostać królem strzelców ligi belgijskiej. 190 cm wzrostu i 100 kilo żywej wagi. Gdziekolwiek nie zagra w przyszłości, ktoś będzie miał z niego gigantyczny pożytek i to nie tylko z racji jego warunków fizycznych. Przyszła gwiazda Premier League.
Gol kolejki:
No nie mogło być inaczej, tylko trafienie Edena Hazarda z meczu przeciwko Stoke. Belg dostał piłkę na 30. metrze od bramki „The Potters”, przeszedł spokojnie na lewą nogę i odpalił petardę w kierunku świątyni Asmira Begovicia. Bośniak przy tym strzale nie miał nic do powiedzenia ku uciesze i eksplozji radości fanów „The Blues”.
Wpadka kolejki:
Jonathan Walters nie pozostawił mi żadnego wyboru. Z racji szacunku dla Waltersa nie będę się jednak nad nim pastwił, napiszę za to coś innego. Brawa za charakter. Nie każdy po dwóch samobójczych golach zdobyłby się na próbę strzelenia rzutu karnego. A że nie wpadło? Nie strzelali też Zico, Platini, Beckham, czyli lepsi od niego, i to w dużo ważniejszych meczach. A sam Walters przepięknie odpowiedział wszystkim krytykom, zdobywając wczoraj dwie bramki przeciwko Crystal Palace w meczu FA Cup wygranym przez jego Stoke 4:1. No i kto tu się śmieje ostatni?
Bardzo dobry tekst :) Miło się czytało, chociaż
literówki też były. No ale przynajmniej komuś
się chce pisać takie długie jedenastki kolejki i
to Premier League, czyli najlepszej ligi świata i
mojej ulubionej jednocześnie :)
Bye