15. kolejka Premier League przyniosła nam wiele niespodzianek. Przegrały Chelsea i Arsenal, zaledwie zremisował Manchester City, a United, po prawdziwym thrillerze, pokonał Reading. Nic dziwnego, że na większość wyróżnień zasłużyli tym razem gracze na papierze słabsi.
Jedenastka kolejki:
Asmir Begović – Stoke ma drugą, po Man City, najlepszą obronę w lidze i wielka w tym zasługa potężnego bośniackiego bramkarza. Begović broni w tym sezonie bardzo pewnie, wpadki się zdarzają (jak z Newcastle), ale można je policzyć na palcach jednej ręki. Na Hawthorns Bośniak rozegrał mecz z gatunku tych dobrych. Nie dał się pokonać i chociaż nie był pod jakimś wielkim obstrzałem, to i tak za ten występ należą mu się wielkie brawa.

Daniel Agger – Duńczyk całkowicie wyłączył z gry najlepszego strzelca Southampton, czyli Rickiego Lamberta, a do tego był skuteczny pod bramką rywali. Piękny gol głową zapewnił Liverpoolowi trzy punkty w niełatwym spotkaniu, czego zatem od obrońcy chcieć więcej.
Sebastien Bassong – stoper Norwich również był jak skała. W kilku sytuacjach ofiarnymi interwencjami powstrzymywał napastników Sunderlandu, przy straconej bramce nie zawinił, ogólnie rozegrał dobre zawody pod względem defensywnym. No i również potrafił odnaleźć się w polu karnym, strzelając bramkę na 1:0.
Ryan Shawcross – to, że ma on potencjał nawet na regularne powołania do kadry, wiadomo nie od dzisiaj. Jeśli jednak kapitan Stoke nadal będzie grał tak jak do tej pory, to być może zapuka nawet do pierwszej jedenastki Anglików. Kolejny świetny mecz w jego wykonaniu, znakomicie dowodzi obroną „The Potters”.
Leighton Baines – on z kolei jest coraz poważniejszą konkurencją dla Ashleya Cole’a. Podczas gdy bardziej utytułowany kolega popełnia głupie błędy, Baines na lewej stronie jest nie do przejścia, jak również nie do zatrzymania. Znowu z tej flanki uczynił sobie prywatną autostradę, a mecz na Etihad Stadium okrasił bardzo ładną asystą.
Mohamed Diame – ojciec wspaniałego zwycięstwa West Hamu nad Chelsea. Akurat to, że strzelił ważnego gola na 2:1, jest tutaj najmniej istotne, Diame był bowiem po prostu ostoją środka pola WHU. Zresztą wszedł na boisko w przerwie i dominacja „The Blues” z pierwszej połowy nagle jakby się rozpłynęła w powietrzu. To nie jest przypadek, bo Diame nie odpuszczał, nie odstawiał nogi, walczył za dwóch i zagrał bardzo ambitnie. Opłaciło się, bo miał też wielki wkład przy trzeciej bramce swojego zespołu, dlatego że gdyby nie on, Ashley Cole pewnie nie popełniłby tak katastrofalnego błędu i nie oddał rywalom piłki tak łatwo.










