11. kolejka Premier League za nami, czas więc wybrać jedenastu dżentelmenów, którzy stworzą naszą drużynę marzeń. Ostatni weekend jak zwykle obfitował w ogromne emocje. Jedni wspięli się na piłkarski Panteon, inni wpadli znów w odmęty futbolowego Hadesu, narażając się na gniew kibiców aż do następnej kolejki. Kto zatem wyjątkowo dał się we znaki rywalom, kradnąc wszystkie flesze reflektorów?
Lata mijają, miesiące mijają, ludzkie losy się krzyżują, a on ciągle trwa, nerwowo żując gumę, w tym samym płaszczu, w tym samym swetrze zapiętym pod szyję. Gdy przychodzi listopad, grudzień, on znów jest na czele Premier League. Tak, panie i panowie, drużyna człowieka, który zredefiniował słowo „suszarka”, znów jest na czele. Szalony mecz mieliśmy na Emirates, doszło do przebudzenia Godzilli, ale o tym dalej. Swoje zrobiło City, zachowując dystans do rywali zza miedzy na jeden oddech odczuwalny na karku „Czerwonych Diabłów”. Swojego nie zrobiła za to Chelsea, która znów straciła punkty po kolejnym w tym sezonie użądleniu Suareza. A QPR ? No cóż…
Ławka rezerwowych:
Petr Cech (fot. skysports.com)
Petr Cech – bramkarz instytucja. Wielki to piłkarz, ale mam nieodparte wrażenie, że szczyt możliwości ma już za sobą. Dziwna to sytuacja, zważywszy na pozycję, na jakiej nasz Gustlik gra, i na jego wiek. Petr ma ledwie 30 lat, co jak na piłkołapa jest ledwie barierą wejścia w dojrzałe życie piłkarskie. Coś w nim pękło po tej feralnej kontuzji, i nie były to jedynie kości czaszki. Ciągle solidna firma, ale z coraz rzadszym błyskiem, tak częstym za czasów ery Mourinho. Niemniej jednak oddajmy królowi co królewskie. W weekend porządził, jedynie Luis znalazł na niego sposób.
Ryan Shawcross – senny koszmar Hatema Ben Arfy, coraz częściej wymieniany w kontekście świetnych interwencji aniżeli barbarzyńskich aktów łamania kości na murawie. Doskonale wpasowuje się w klimat Stoke. Głośno, szybko, nie bierzemy jeńców, nie wiemy, co to piłkarska technika. Przekonali się o tym gracze QPR (1:0 na Britannia Stadium), osuwając się jeszcze niżej w swoim bagienku.
Dimitar Berbatow – stary, dobry „Berba”. Jak w pięknym, wzruszającym romansidle połączył ponownie swe siły z Martinem Jolem, a ich drugi miodowy miesiąc trwa w najlepsze. „DimiBerba” znów czaruje, dobrze zrobiło mu odklejenie się od ławki rezerwowych United. Dwa gole przeciwko Arsenalowi najlepiej o tym świadczą.
Ki-Sung Yueng – koreański Steven Gerrad. W Celticu czarował, biegając niestrudzenie od jednego pola karnego do drugiego, typowy box to box miedfielder, jak Anglicy określają środkowych pomocników o inklinacjach zarówno defensywnych, jak i ofensywnych. Koreańczyk z południa zdaje się pasować idealnie do układanki Swansea, coraz śmielej pokazując umiejętności, z których słynął przecież w Szkocji. Pewna gra przeciwko Southampton w meczu zakończonym remisem 1:1.
Przyszedł wreszcie czas na jedenastu graczy, których występy zapewniły nas, jak piękną gra się piłkę w Anglii i dlaczego to Premier League dzierży berło najlepszej ligi świata.
Jose Enrique (fot. skysports.com)
Jussi Jaaskalainen – kolejny raz w naszym zestawieniu. Człowiek pająk dobiegający 40-tki. Sam Allardyce dał mu drugie życie, Fin i West Ham to rewelacje tego sezonu. W weekend West Ham ograł Newcastle na St. James Park, wspinając się aż na szóste miejsce w tabeli! WHU to beniaminek, aż strach myśleć, do czego są zdolni gracze „Big Sama”, mając w bramce tak doświadczonego i w dalszym ciągu tak świetnego golkipera.
Javier Garrido – nie podbił Premier League za pierwszym podejściem, za wysokie okazały się dlań te manchesterskie progi. Zawodnik City za czasów pierwszej fali budowania jego petropotęgi. Odszedł do Lazio, ale po dwóch latach po cichutku znów powrócił na Wyspy, pełen marzeń i żądzy rewanżu. W spotkaniu przeciwko Reading (0:0) znów szalał na obronie jak za starych czasów City. Dobry w odbiorze, efektownie oskrzydlający swoją flankę w ofensywie.
Winston Reid – kolejny bohater z WHU. Nowozelandzka skała, monolit murujący powietrze przed Jaaskalainenem. Coraz częstszy gość naszych zestawień, nic w tym dziwnego, jeśli popatrzymy na tabelę Premier League. Sukces „Cockney Boys” nie wziął się z niczego. Każdego tygodnia rasowi snajperzy zatrudnieni w Anglii starają się dać obronie West Hamu prezent w postaci worka bramek, ale dzięki Reidowi paczki z podarkami najczęściej nie opuszczają nawet poczty.
Jose Enrique – dobra partia w meczu z Chelsea (1:1). Z Hiszpanem do końca nie wiadomo, czy ma on po prostu gorszy okres w karierze, czy dźwiganie na plecach żądnej sukcesów oraz krwi gęstej atmosfery Anfield przerosło jego możliwości. Niemniej jednak boczny obrońca rozegrał niezłe zawody przeciwko drużynie RDM, co może znacznie ułatwić mu przetrwanie potencjalnego dla niego horroru zwanego styczniowym okienkiem transferowym.
John Terry (fot. Skysports.com)
John Terry – nienawidzi go młodszy z braci Ferdinandów, nie pała do niego miłością straszy z braci Ferdinandów, na myśl o nim drgawek dostaje Wayne Bridge. Z drugiej strony biegająca ikona Stamford Bridge, Maldini realiów brytyjskich. Tysiąc twarzy ma nasz John, nie można mu jednak odmówić jednego. Gracz to wybitny, co potwierdził w meczu przeciwko „The Reds”. Bramka plus świetna gra w tyłach. Szkoda, że doznał kontuzji.
Kevin Nolan – nie ma już praktycznie co napisać o tym graczu. Niedoceniany – wiadomo. Świetny, skuteczny, wybiegany, charyzmatyczny – wiadomo. Imprezowy kumpel Andy’ego Carrolla – wiadomo. Kevin Nolan – po prostu serce West Hamu. Pulsujące serce, dodajmy, pulsujące rytmem zwyciężania i strzelania goli, jak ten zdobyty tuż pod nosem krzyczących „Geordies”.
Marouane Fellaini – Moyes powinien popatrzeć na niego, obrócić się i krzyknąć do lustra ze strachu: „Stworzyłem potwora!”. Belg to jednoosobowa machina oblężnicza, przemieszczająca swe dwumetrowe ciało z gracją jelenia, dysponująca równocześnie siłą byka. Przesunięty do przodu w miejsce Tima Cahilla, który wybrał nowojorski lans zamiast deszczowej, brytyjskiej pogody. Rezultat? Sześć goli w dziesięciu meczach i zainteresowanie możnych klubów Starego Kontynentu. Plus punkty za look a la sobowtór Ryszarda Ochódzkiego, prezesa klubu sportowego Tęcza.
Theo Walcott – skrzydłowy z pasją, który nie chce być skrzydłowym. Prawdziwego rozdwojenia jaźni może dostać nasz Theo, myśląc o swojej pozycji na boisku. Świetny w meczu z Fulham (3:3). Mimo iż bramki nie zdobył, to szalał ile pary w nogach i płucach, pokazując wszem i wobec, dlaczego to on nosi osławiony numer 14.
Andre Weimann (fot. Skysports.com)
Oliver Giroud – chowajcie się mieszkańcy Tokio, Godzilla nadchodzi! Oliver powstał niczym Feniks z popiołów, kończąc okres tradycyjnej bezbramkowej kwarantanny, zapoczątkowany przez legendę klubu, pana Henry’ego. Aklimatyzacja trwać musi, miejmy zatem nadzieję, iż Giroud odnalazł wreszcie swój rytm, według którego oddychało w zeszłym sezonie całe Montpelier. Dwa gole mówią same za siebie. Pasuje wyjątkowo tym Francuzom armatka na piersi.
Andy Weimann – rok 2052. Andreas siedzi z wnukiem na kolanach, pokazując mu rodzinny album. „Patrz, tutaj przyjechał ON z drużyną, a ja im strzeliłem dwie bramki. Wielkiemu Manchesterowi United!” O rosłym austriackim napastniku na razie nie za wiele wiadomo, raczej zdawkowo karmił nas przejawami swojego talentu. Może czekał na właściwą chwilę? Jeśli tak, to gratulujemy timingu, bo chyba nie może być lepszego momentu na rozpoczęcie strzelania goli, jak wbicie dwóch Manchesterowi United (2:3). Zobaczymy, czy Andreas będzie miał kiedyś więcej do pokazania swoim wnukom w rodzinnym albumie.
Gra Andreasa Weimanna skradła pewnie parę serc, ale palmę pierwszeństwa przyznajemy graczowi z czerwonej części Manchesteru.
Gracz tygodnia:
Chicharito – wygrana w wielkim stylu plus te dwa gole. Nowy baby face killer. Javier Hernandez ma twarz chłopca, ale siedzi w nim groźne, dzikie zwierzę, gryzące i kąsające niespodziewanie. Niech Was nie zmylą te niewinne oczy, „Mały, zielony groszek” to potrawa wyjątkowo zabójcza. „Chicharito” rzucił rękawicę Rooneyowi i van Persiemu w walce o chwałę i serce dam zasiadających na Old Trafford.
Gol kolejki:
Fajną robotę ma Edin Dzeko. W tygodniu potrenuje, mecz zaczyna na ławce rezerwowych z gazetą i herbatą, by leniwie się podnieść koło 70. minuty, potruchtać lekko i wejść na boisko. Później wiadomo, co się dzieje. Jak tak dalej pójdzie, bośniacki czarodziej wyśrubuje rekord w golach przesądzających o zwycięstwie i średniej bramek na minutę. A tak całkiem poważnie, to każdy wie, jak wielka rywalizacja jest w składzie City i jakimi napadziorami klub dysponuje. Dzeko idealnie sprawdza się w roli jokera, ale ile tak jeszcze wytrzyma? Ponoć jego sytuację obserwują bacznie inni menedżerowie, jak na przykład Arsene Wenger.
W weekend Edin zdobył bramkę na 2:1 w meczu przeciwko Tottenhamowi. Dostał podanie z głębi pola i posłał piłkę odbitą jeszcze od murawy prosto pod poprzeczkę Brada Friedela. Majstersztyk!
Wpadka kolejki:
Mikel Arteta. Oj, będzie Hiszpana mdliło przynajmniej do końca roku na wspomnienie wydarzeń z ostatniego weekendu. Pal licho, że sprokurował karnego, którego na gola zamienił Berbatow. Ale niestrzelona „jedenastka” w 94. minucie meczu, dodatkowo przy stanie 3:3, musi boleć i odbijać się zgagą. Zadra na sercu wielkości Katalonii.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
11. kolejka Premier League za nami, czas więc wybrać jedenastu dżentelmenów, którzy stworzą naszą drużynę marzeń. Ostatni weekend jak zwykle obfitował w ogromne emocje. Jedni wspięli się na piłkarski Panteon, inni wpadli znów w odmęty futbolowego Hadesu, narażając się na gniew kibiców aż do następnej kolejki. Kto zatem wyjątkowo dał się we znaki rywalom, kradnąc wszystkie flesze reflektorów?
Lata mijają, miesiące mijają, ludzkie losy się krzyżują, a on ciągle trwa, nerwowo żując gumę, w tym samym płaszczu, w tym samym swetrze zapiętym pod szyję. Gdy przychodzi listopad, grudzień, on znów jest na czele Premier League. Tak, panie i panowie, drużyna człowieka, który zredefiniował słowo „suszarka”, znów jest na czele. Szalony mecz mieliśmy na Emirates, doszło do przebudzenia Godzilli, ale o tym dalej. Swoje zrobiło City, zachowując dystans do rywali zza miedzy na jeden oddech odczuwalny na karku „Czerwonych Diabłów”. Swojego nie zrobiła za to Chelsea, która znów straciła punkty po kolejnym w tym sezonie użądleniu Suareza. A QPR ? No cóż…
Ławka rezerwowych:
Petr Cech (fot. skysports.com)
Petr Cech – bramkarz instytucja. Wielki to piłkarz, ale mam nieodparte wrażenie, że szczyt możliwości ma już za sobą. Dziwna to sytuacja, zważywszy na pozycję, na jakiej nasz Gustlik gra, i na jego wiek. Petr ma ledwie 30 lat, co jak na piłkołapa jest ledwie barierą wejścia w dojrzałe życie piłkarskie. Coś w nim pękło po tej feralnej kontuzji, i nie były to jedynie kości czaszki. Ciągle solidna firma, ale z coraz rzadszym błyskiem, tak częstym za czasów ery Mourinho. Niemniej jednak oddajmy królowi co królewskie. W weekend porządził, jedynie Luis znalazł na niego sposób.
Ryan Shawcross – senny koszmar Hatema Ben Arfy, coraz częściej wymieniany w kontekście świetnych interwencji aniżeli barbarzyńskich aktów łamania kości na murawie. Doskonale wpasowuje się w klimat Stoke. Głośno, szybko, nie bierzemy jeńców, nie wiemy, co to piłkarska technika. Przekonali się o tym gracze QPR (1:0 na Britannia Stadium), osuwając się jeszcze niżej w swoim bagienku.
Dimitar Berbatow – stary, dobry „Berba”. Jak w pięknym, wzruszającym romansidle połączył ponownie swe siły z Martinem Jolem, a ich drugi miodowy miesiąc trwa w najlepsze. „DimiBerba” znów czaruje, dobrze zrobiło mu odklejenie się od ławki rezerwowych United. Dwa gole przeciwko Arsenalowi najlepiej o tym świadczą.
Ki-Sung Yueng – koreański Steven Gerrad. W Celticu czarował, biegając niestrudzenie od jednego pola karnego do drugiego, typowy box to box miedfielder, jak Anglicy określają środkowych pomocników o inklinacjach zarówno defensywnych, jak i ofensywnych. Koreańczyk z południa zdaje się pasować idealnie do układanki Swansea, coraz śmielej pokazując umiejętności, z których słynął przecież w Szkocji. Pewna gra przeciwko Southampton w meczu zakończonym remisem 1:1.
Przyszedł wreszcie czas na jedenastu graczy, których występy zapewniły nas, jak piękną gra się piłkę w Anglii i dlaczego to Premier League dzierży berło najlepszej ligi świata.
Jose Enrique (fot. skysports.com)
Jussi Jaaskalainen – kolejny raz w naszym zestawieniu. Człowiek pająk dobiegający 40-tki. Sam Allardyce dał mu drugie życie, Fin i West Ham to rewelacje tego sezonu. W weekend West Ham ograł Newcastle na St. James Park, wspinając się aż na szóste miejsce w tabeli! WHU to beniaminek, aż strach myśleć, do czego są zdolni gracze „Big Sama”, mając w bramce tak doświadczonego i w dalszym ciągu tak świetnego golkipera.
Javier Garrido – nie podbił Premier League za pierwszym podejściem, za wysokie okazały się dlań te manchesterskie progi. Zawodnik City za czasów pierwszej fali budowania jego petropotęgi. Odszedł do Lazio, ale po dwóch latach po cichutku znów powrócił na Wyspy, pełen marzeń i żądzy rewanżu. W spotkaniu przeciwko Reading (0:0) znów szalał na obronie jak za starych czasów City. Dobry w odbiorze, efektownie oskrzydlający swoją flankę w ofensywie.
Winston Reid – kolejny bohater z WHU. Nowozelandzka skała, monolit murujący powietrze przed Jaaskalainenem. Coraz częstszy gość naszych zestawień, nic w tym dziwnego, jeśli popatrzymy na tabelę Premier League. Sukces „Cockney Boys” nie wziął się z niczego. Każdego tygodnia rasowi snajperzy zatrudnieni w Anglii starają się dać obronie West Hamu prezent w postaci worka bramek, ale dzięki Reidowi paczki z podarkami najczęściej nie opuszczają nawet poczty.
Jose Enrique – dobra partia w meczu z Chelsea (1:1). Z Hiszpanem do końca nie wiadomo, czy ma on po prostu gorszy okres w karierze, czy dźwiganie na plecach żądnej sukcesów oraz krwi gęstej atmosfery Anfield przerosło jego możliwości. Niemniej jednak boczny obrońca rozegrał niezłe zawody przeciwko drużynie RDM, co może znacznie ułatwić mu przetrwanie potencjalnego dla niego horroru zwanego styczniowym okienkiem transferowym.
John Terry (fot. Skysports.com)
John Terry – nienawidzi go młodszy z braci Ferdinandów, nie pała do niego miłością straszy z braci Ferdinandów, na myśl o nim drgawek dostaje Wayne Bridge. Z drugiej strony biegająca ikona Stamford Bridge, Maldini realiów brytyjskich. Tysiąc twarzy ma nasz John, nie można mu jednak odmówić jednego. Gracz to wybitny, co potwierdził w meczu przeciwko „The Reds”. Bramka plus świetna gra w tyłach. Szkoda, że doznał kontuzji.
Kevin Nolan – nie ma już praktycznie co napisać o tym graczu. Niedoceniany – wiadomo. Świetny, skuteczny, wybiegany, charyzmatyczny – wiadomo. Imprezowy kumpel Andy’ego Carrolla – wiadomo. Kevin Nolan – po prostu serce West Hamu. Pulsujące serce, dodajmy, pulsujące rytmem zwyciężania i strzelania goli, jak ten zdobyty tuż pod nosem krzyczących „Geordies”.
Marouane Fellaini – Moyes powinien popatrzeć na niego, obrócić się i krzyknąć do lustra ze strachu: „Stworzyłem potwora!”. Belg to jednoosobowa machina oblężnicza, przemieszczająca swe dwumetrowe ciało z gracją jelenia, dysponująca równocześnie siłą byka. Przesunięty do przodu w miejsce Tima Cahilla, który wybrał nowojorski lans zamiast deszczowej, brytyjskiej pogody. Rezultat? Sześć goli w dziesięciu meczach i zainteresowanie możnych klubów Starego Kontynentu. Plus punkty za look a la sobowtór Ryszarda Ochódzkiego, prezesa klubu sportowego Tęcza.
Theo Walcott – skrzydłowy z pasją, który nie chce być skrzydłowym. Prawdziwego rozdwojenia jaźni może dostać nasz Theo, myśląc o swojej pozycji na boisku. Świetny w meczu z Fulham (3:3). Mimo iż bramki nie zdobył, to szalał ile pary w nogach i płucach, pokazując wszem i wobec, dlaczego to on nosi osławiony numer 14.
Andre Weimann (fot. Skysports.com)
Oliver Giroud – chowajcie się mieszkańcy Tokio, Godzilla nadchodzi! Oliver powstał niczym Feniks z popiołów, kończąc okres tradycyjnej bezbramkowej kwarantanny, zapoczątkowany przez legendę klubu, pana Henry’ego. Aklimatyzacja trwać musi, miejmy zatem nadzieję, iż Giroud odnalazł wreszcie swój rytm, według którego oddychało w zeszłym sezonie całe Montpelier. Dwa gole mówią same za siebie. Pasuje wyjątkowo tym Francuzom armatka na piersi.
Andy Weimann – rok 2052. Andreas siedzi z wnukiem na kolanach, pokazując mu rodzinny album. „Patrz, tutaj przyjechał ON z drużyną, a ja im strzeliłem dwie bramki. Wielkiemu Manchesterowi United!” O rosłym austriackim napastniku na razie nie za wiele wiadomo, raczej zdawkowo karmił nas przejawami swojego talentu. Może czekał na właściwą chwilę? Jeśli tak, to gratulujemy timingu, bo chyba nie może być lepszego momentu na rozpoczęcie strzelania goli, jak wbicie dwóch Manchesterowi United (2:3). Zobaczymy, czy Andreas będzie miał kiedyś więcej do pokazania swoim wnukom w rodzinnym albumie.
Gra Andreasa Weimanna skradła pewnie parę serc, ale palmę pierwszeństwa przyznajemy graczowi z czerwonej części Manchesteru.
Gracz tygodnia:
Chicharito – wygrana w wielkim stylu plus te dwa gole. Nowy baby face killer. Javier Hernandez ma twarz chłopca, ale siedzi w nim groźne, dzikie zwierzę, gryzące i kąsające niespodziewanie. Niech Was nie zmylą te niewinne oczy, „Mały, zielony groszek” to potrawa wyjątkowo zabójcza. „Chicharito” rzucił rękawicę Rooneyowi i van Persiemu w walce o chwałę i serce dam zasiadających na Old Trafford.
Gol kolejki:
Fajną robotę ma Edin Dzeko. W tygodniu potrenuje, mecz zaczyna na ławce rezerwowych z gazetą i herbatą, by leniwie się podnieść koło 70. minuty, potruchtać lekko i wejść na boisko. Później wiadomo, co się dzieje. Jak tak dalej pójdzie, bośniacki czarodziej wyśrubuje rekord w golach przesądzających o zwycięstwie i średniej bramek na minutę. A tak całkiem poważnie, to każdy wie, jak wielka rywalizacja jest w składzie City i jakimi napadziorami klub dysponuje. Dzeko idealnie sprawdza się w roli jokera, ale ile tak jeszcze wytrzyma? Ponoć jego sytuację obserwują bacznie inni menedżerowie, jak na przykład Arsene Wenger.
W weekend Edin zdobył bramkę na 2:1 w meczu przeciwko Tottenhamowi. Dostał podanie z głębi pola i posłał piłkę odbitą jeszcze od murawy prosto pod poprzeczkę Brada Friedela. Majstersztyk!
Wpadka kolejki:
Mikel Arteta. Oj, będzie Hiszpana mdliło przynajmniej do końca roku na wspomnienie wydarzeń z ostatniego weekendu. Pal licho, że sprokurował karnego, którego na gola zamienił Berbatow. Ale niestrzelona „jedenastka” w 94. minucie meczu, dodatkowo przy stanie 3:3, musi boleć i odbijać się zgagą. Zadra na sercu wielkości Katalonii.