Jagiellonia Białystok zremisowała na własnym stadionie z Koroną Kielce 0:0. Tym samym ligowy „Janosik” wciąż pracuje na reputację, jakiej doczekał się po zwycięstwach z Lechem i Legią w meczach wyjazdowych.
Jagiellonia Białystok miała być zdecydowanym faworytem w meczu z Koroną Kielce, tak przynajmniej mówiły tabela, ostatnie mecze i sytuacja kadrowa. Kibice zastanawiali się jednak, czy nie będzie tak jak w wielu wcześniejszych przypadkach, kiedy białostoczanie tracili punkty u siebie ze słabszymi rywalami. Jeśli „Jaga” przegrałaby z Koroną, to zapewne w Białymstoku zaczęto by mówić o klątwie własnego stadionu.

Niewiele brakowało a już po trzech minutach białostockie „Janosiki„ dałyby prezent przeciwnikom. Najpierw groźny strzał na bramkę oddał Korzym, ale na posterunku stał Słowik. Później dobijał Sierpina, ale piłka wylądowała obok bramki. „Scyzoryki” na tym nie poprzestały, w kolejnych minutach sytuacje bramkowe mieli Żewłakow i Korzym.
Pierwsza część meczu zdecydowanie należała do gości. Korona zdominowała środek pola, a Jagiellonia sprawiała wrażenie mocno cofniętego boksera, który boi się kolejnych ciosów zadanych przez przeciwnika. Nieliczne próby kontrataków białostoczan kończyły się zazwyczaj niedokładnym podaniem czy skutecznym odbiorem piłki przez Koroniarzy.
Druga połowa rozpoczęła się od ofensywnego akcentu ze strony białostoczan. Niewiele brakowało, by Alexis Norambuena zdobył gola w 54. minucie, Chilijczykowi zabrakło tylko trochę precyzji. Później trochę strachu kielczanom napędził Dzalamidze, który do tej pory starał się kiwać z przeciwnikami tak długo, że w końcu plątały mu się nogi. W końcu w 68. minucie jego dryblingi przyniosły efekt, jednak strzał Gruzina był minimalnie niecelny.
W końcówce spotkania oglądaliśmy dwie sytuacje, o których warto wspomnieć. Na dziesięć minut przed końcem szarżującego Korzyma znakomitym wślizgiem powstrzymał Pazdan, ratując tym samym swój zespół przed utratą gola. W ostatniej minucie spotkania piłka trafiła w rękę jednego z piłkarzy Jagiellonii w jej polu karnym. Sędzia pozostał jednak niewzruszony, kwalifikując to zagranie jako rękę nastrzeloną. Końcowy gwizdek sędziego zakończył walkę piłkarzy obu drużyn, bo właśnie walka, a nie gra w piłkę była podstawowym aspektem tego spotkania.











