Jako że sezon wkracza w decydującą fazę, a Legia w niedzielny wieczór przy Łazienkowskiej rozegra ligowy klasyk z Wisłą Kraków, warto się zastanowić, na bazie rozegranych już spotkań wiosennych, jakie wybory personalne i taktyczne są w tej chwili najkorzystniejsze dla zespołu lidera T-Mobile Ekstraklasy.
Dlaczego warto się nad tym zastanowić? Ponieważ zespół mistrza Polski wychodził w bieżącej rundzie na plac gry w różnych zestawieniach, co poniekąd jest spowodowane dużą liczbą spotkań rozgrywanych, do momentu udziału w europejskich pucharach, tak naprawdę co trzy dni.
Miniony tydzień, od meczu wyjazdowego we Wrocławiu, był pierwszym od dość długiego czasu, w którym zespół Henninga Berga mógł odpocząć w środku tygodnia. Nie miał bowiem w tym czasie żadnego spotkania pucharowego. Jak wiadomo, to zawsze dobry czas dla szkoleniowca na pracę z zespołem, korygowanie błędów z konkretnych spotkań i na ewolucję taktyki. Grając co trzy dni, ma się mniej czasu treningowego i przeznacza się go głównie na regenerację i skupienie na grze oraz strategii najbliższego przeciwnika, mniej jest czasu na pracę nad sobą. Sam Ivica Vrdoljak przyznał na dzisiejszej konferencji prasowej, że choć treningi nie były aż tak ciężkie, jak te, które mają miejsce podczas okresu przygotowawczego, to jednak sesje odbywane w ostatnim czasie były na większych obrotach, niż miało to miejsce w poprzednich tygodniach, bo drużyna mając dłuższą przerwę, mogła wreszcie się skupić przede wszystkim na pracy nad sobą.
Gdzie tkwi główny punkt rozważań na temat zbliżającego się hitu? W linii środkowej Wisły Kraków. Zresztą w wywiadzie dla Sport.pl przyznawał to sam asystent byłego już trenera Wisły Kraków, Franciszka Smudy, czyli Marcin Broniszewski, w nawiązaniu do spotkania krakowian z Lechią:
(…) Problem mamy też wtedy, kiedy trzech lechistów jest między liniami pomocy i obrony. To tak zwana strefa niczyja. Kto ma ich wziąć? Ci, którzy stoją twarzą do nich, czy ci, którzy są za ich plecami? W środku pola jest dużo miejsca, tam wszystko się dzieje. Lechia gra jedno, dwa podania i zagrywa za plecy naszych obrońców, w wolną strefę. Nie tam, gdzie my stoimy. To, że napastnik idzie między stoperów, to kłopot większości drużyn. Naszą największą bolączką było to, że nie potrafiliśmy z przodu nic zrobić.
Przykład tej wady w praktyce? Chociażby ostatnia bramka stracona na własnym boisku tydzień temu z Zawiszą Bydgoszcz, gdzie wystarczyły dwa celne podania piłkarzy rywali po wcześniejszym wrzucie z autu, by dojść do sytuacji strzeleckiej, a tym samym do zdobycia bramki.
https://www.youtube.com/watch?v=wifA-DSp41o
Taki mankament Wisły skłania do zastanowienia się, czy przyjęcie ustawienia bez nominalnego napastnika nie byłoby najkorzystniejsze dla Legii. Nie chodzi o to, że Orlando Sa jest słabym napastnikiem, bo tak rzecz jasna nie jest, ale o ustawienie taktyczne pod konkretnego rywala. Desygnowanie do gry w wyjściowej jedenastce dwóch ofensywnych pomocników, zamiast jednego ofensywnego środkowego pomocnika i napastnika przed nim, zapewniłoby Legii większą liczbę piłkarzy w sektorze, w którym wiślacy mają problem z bronieniem.











