Ostatni weekend przed meczami eliminacyjnymi do mistrzostw Europy upłynął mi w bardzo spokojnej atmosferze. W Europie szlagier Manchester – Liverpool, niebawem Real – Barcelona, a u nas wszyscy kibice spoglądali na Poznań i mecz Lech – Legia. Mnie było jednak wszystko jedno. Szlagiery klubowe odbywają się co drugi tydzień, a nic nie zastąpi emocji,które wywołują mecze reprezentacji. Szczególnie jeśli ta odnosi sukcesy i ma szansę zakwalifikować się do ważnego turnieju. Dla mnie wszystko zacznie się w niedzielę, która pozostaje wciąż enigmatyczna, a którą można było zaplanować już wcześniej.
Niedzieli nie mogę doczekać się zawsze, ale tym razem będzie to dzień szczególny. Co weekend cała Europa żyje meczami klubowymi, natomiast mecz reprezentacji to zawsze swego rodzaju rarytas. Ja zrobiłem się ostatnio bardzo wybredny, toteż czekam praktycznie tylko na rarytasy. Tym bardziej że to mecz z Irlandią może okazać się w ostateczności kluczowy, a nie jak wszyscy myślą, jednorazowy zwycięski wybryk z Niemcami, dla których i tak jest zarezerwowany fotel lidera naszej grupy. Pamiętam wiele podobnych momentów w historii polskiej reprezentacyjnej piłki, kiedy początek eliminacji był udany, a to budowało drużynę na cały okres ich trwania. Niestety, w ostatnim czasie wszystko, co dobre, kończyło się w samym turnieju, w którym zazwyczaj przegrywaliśmy awans już w dwóch pierwszych meczach. A trener albo był zwalniany, albo podawał się do dymisji. Jako że historia lubi się powtarzać, należy wierzyć, że mecz z Irlandią wygramy i zrobimy milowy krok ku awansowi do mistrzostw Europy. Czasem jednak nawet historia potrafi płatać figle.
Życzyłbym sobie, aby tradycji nie stało się tym razem zadość i po awansie do ME żebyśmy zostali na tym turnieju przynajmniej do ćwierćfinału. Tym bardziej że kadrowo mamy najsilniejszą drużynę od lat. Co w tym wszystkim najzabawniejsze, gdyby szkolenie młodych adeptów futbolu było w Polsce na choćby w połowie tak wysokim poziomie jak w krajach zachodnich, nasza drużyna nie myślałaby dziś o walce o awans, tylko o wygranej w całej imprezie. Dziwimy się, dlaczego Europa zostawia nas w tyle, ale sami nie robimy nic, aby ją dogonić. Potem znajdujemy winnego, najczęściej w osobie trenera, który po kolejnych niepowodzeniach zostaje zwolniony. Jednocześnie poszukujemy nowego wybawiciela, który ze średnio potrafiących grać w piłkę facetów ma stworzyć drużynę rywalizującą z najlepszymi. Wciąż nie rozumiemy, że kluczem do sukcesu jest praca u podstaw i zaufanie. I nie uczymy się od najlepszych.
Niestety, tendencja do zmiany trenerów jak rękawiczek jest popularna w naszym kraju tak w reprezentacji, jak i w klubach. Szkoleniowcy w ekstraklasie zmieniają się praktycznie co sezon (niektórzy częściej), a w drużynie narodowej co eliminacje (ewentualnie co nieudany turniej). Wystarczy nadmienić, że nasza reprezentacja miała już ponad sześćdziesięciu selekcjonerów, podczas gdy Joachim Loew, selekcjoner drużyny obecnych mistrzów świata, Niemców, jest dopiero dziesiątym w ich długiej historii. To prawda, Niemcy mają inne środki i potencjał piłkarski, ale zawsze trzeba porównywać się i uczyć od najlepszych, aby kiedyś móc im dorównać, a może i pokonać. Głównym problemem naszej piłki jest brak szkolenia i zaufania do trenerów i dopóki odpowiedni ludzie nie dojdą do tego samego wniosku, dopóty na największych imprezach będziemy odgrywali tylko epizodyczne role.











