Jagiellonia Białystok zremisowała na własnym boisku ze Śląskiem Wrocław 1:1 w zaległym spotkaniu 16. kolejki Ekstraklasy. Prowadzenie gościom dał w 38. minucie Kaźmierczak, a wyrównał Tomasz Frankowski, który w drugiej części gry wykorzystał rzut karny.

Od pierwszego gwizdka arbitra kibice zgromadzeni na stadionie w Białymstoku mogli oglądać niezłe spotkanie. Obie drużyny sporo grały z pierwszej piłki, co ułatwiało im przedostanie się pod pole karne rywali. Niestety często właśnie w tym miejscu koncepcja rozegrania akcji kończyła się i byliśmy świadkami złych dośrodkowań lub niecelnych strzałów. Jako pierwszy uderzał Rafał Grzyb, ale jego strzał spokojnie wyłapał Kelemen. W 12. minucie bliscy zdobycia bramki byli goście. Po ładnym podaniu Ćwielonga futbolówkę w pole karne dośrodkował Sobota. Tam znalazł się Sebastian Mila, ale piłka strącona przez niego głową przeleciała ponad poprzeczkę. W 32. minucie mogliśmy być świadkami bramki sezonu. Po przejęciu piłki na strzał z powietrza z około 45 metrów zdecydował się Kaźmierczak. Były zawodnik FC Porto uderzył niecelnie, choć w pierwszej fazie lotu piłki wydawało się, że zmierza ona ku bramce „Jagi”. Ten sam piłkarz nie poprzestał na tej próbie i kilka minut później wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. Po dobrym podaniu od Mili futbolówkę przejął Ćwielong, który nieco zwolnił akcję i wystawił piłkę przed pole karne. Tam doszedł do niej Kaźmierczak, przyjął i uderzył z miejsca. Strzał był delikatny, ale zabójczy. Piłki zmierzającej tuż obok słupka nie zdołał wyciągnąć Sandomierski i to goście z Wrocławia prowadzili 1:0. Przed przerwą podopieczni Oresta Lenczyka chcieli zdobyć jeszcze jedną bramkę. W 44. minucie przeprowadzili ładną kontrę, którą niecelnym strzałem zakończył aktywny Ćwielong. Ten sam zawodnik chwilę później zagrywał piłkę do Sebastiana Mili w bliźniaczy sposób do bramkowej akcji. Pomocnik Śląska uderzył jednak bez przyjęcia, a futbolówka przeleciała obok bramki. Trzeba jednak przyznać, że tym razem Sandomierski spokojnie kontrolował jej lot.

Od początku drugiej części gry do odrobienia strat ruszyła Jagiellonia. To jednak goście mogli jako pierwsi w drugiej odsłonie zdobyć gola. Sobota podał do Ćwielonga, ten balansem zmylił dwóch rywali i świetnie zagrał w pole karne do Mili. Ten minął zwodem kolejnego z obrońców i próbował uderzyć prawą nogą. Piłkarz Śląska nie trafił jednak w futbolówkę i nadal mieliśmy 1:0. „Jaga” bliska wyrównania była w 56. minucie, kiedy to po podaniu Burkhardta Hermes minął Kelemena. Jego strzał wybił jednak Fojut i trener Lenczyk mógł odetchnąć z ulgą. Co się odwlecze, to nie uciecze, tak było i w tym przypadku. Po godzinie gry w polu karnym zdaniem arbitra faulowany przez Pawelca był Kupisz. Powtórki pokazują jednak, że nad słusznością decyzji sędziego można dywagować. Niemniej jednak „jedenastkę” na bramkę pewnym strzałem zamienił Tomasz Frankowski i na tablicy widniał wynik 1:1. W 72. minucie piłkę przed polem karnym otrzymał Sobota, wykonał balans ciałem i uderzył, ale na posterunku był Sandomierski. Jagiellonia w ogóle nie przypominała drużyny z jesieni. Podopiecznym Michała Probierza ciężko było zagrozić dobrze broniącemu się Śląskowi. A goście w końcówce mogli rozstrzygnąć to spotkanie na swoją korzyść. Na pięć minut przed końcem Mila zagrał długą piłkę do Gancarczyka. Ten dośrodkował z pierwszej piłki wprost na głowę ustawionego pięć metrów przed linią bramkową Diaza, który z kolei bez zastanowienia uderzył głową. W tej sytuacji fenomenalną interwencją popisał się jednak golkiper obserwowany przez Franciszka Smudę jako kandydat do gry na Euro 2012. Chwilę później znów Sandomierski był w poważnych kłopotach. Mający dużo miejsca z lewej strony Pawelec wrzucił futbolówkę w pole karne. Tam znalazł się Kaźmierczak, który uderzył po koźle w długi róg. Na szczęście dla „Jagi” ich bramkarz był dziś w bardzo dobrej formie. Mimo że w samej końcówce gra toczyła się tylko na połowie Śląska, to ostatecznie drużyna z Wrocławia wywalczyła punkt na bardzo trudnym terenie.












