Wiele wskazywało na to, że spotkanie Jagiellonii z Lechem będzie wyglądać dobrze. Miejsca obu drużyn w tabeli i oczywiście starcie dwóch będących ostatnio w świetnej formie pomocników – Konstantina Vassiljeva oraz Darko Jevticia. Było, cóż, po japońsku – jako tako. Natomiast plan zakładający rywalizację obu liderów swoich zespołów spalił na panewce po informacji o kontuzji mięśniowej Estończyka. Mimo wszystko na nudę w Białymstoku narzekać nie mogliśmy. Kilka goli, kilka składnych akcji i kontrowersje, bez których polski futbol istnieć by po prostu nie mógł. Jagiellonia wygrała z Lechem i błędną decyzją sędziego, w rezultacie lądując na pierwszym miejscu w tabeli.
Zimno, szaro i ponuro. Tak było przed rozpoczęciem spotkania w Białymstoku. Pogoda nie zachęcała do odwiedzenia stadionu przy Słonecznej. Ba, dla niektórych piłkarzy mógł to być powód słabszej dyspozycji, jak swego czasu uporczywie świecące słońce dla Piotra Ćwielonga. Zawodnicy Lecha i Jagiellonii wybiegli na boisko i stworzyli ciekawe widowisko. Na wyróżnienie zasługuje sędziowska trójka, która kilka razy wyraźnie się nie popisała… ale tak to bywa, gdy się chce pokazać. Natomiast jeśli chodzi o pokazywanie, to właśnie „Jaga” zaprezentowała, w jaki sposób wygrać bez swojego czołowego gracza i mając przeciwko sobie nie tylko drużynę rywali, ale i mylącego się arbitra.
„Stefański! Co? Ty…
… taki i owaki.” W taki oto wysublimowany sposób przywitano arbitra z Bydgoszczy na początku drugiej połowy. Nie pochwalamy takiej praktyki, ale sympatycy gospodarzy mieli prawo czuć rozgoryczenie po straconej w ostatnich sekundach pierwszej części gry bramce na 1:1. Pierwszą kontrowersją było uznanie gola po strzale Paulusa Arajuuriego. Oczywiście nie chodzi tutaj o samą decyzję, ponieważ po pierwszych powtórkach można było dojść do wniosku, że w owej sytuacji najprawdopodobniej bramka była. Dziwi natomiast zachowanie arbitra liniowego, który będąc kilka metrów od linii końcowej boiska, niemal w mgnieniu oka wskazał trafienie „Kolejorza”. Trudno wywnioskować, ile w tym było inwencji własnej sędziego, a ile braku asertywności wobec zachowania piłkarzy Lecha w tej sytuacji.
Jednak najwięcej pretensji do sędziego Daniela Stefańskiego można mieć w kontekście sprokurowania tej całej sytuacji, ponieważ zamieszanie z golem Fina wzięło się z odgwizdania rzutu wolnego dla poznaniaków. Rzut wolny jak najbardziej był, ale… dla Jagiellonii. Fatalny błąd arbitra z Bydgoszczy, który tak zirytował trenera Probierza, że drugą połowę obejrzał on z perspektywy trybun zaraz po tym, jak w niewybrednych słowach powiedział sędziemu Stefańskiemu, co myśli o jego pracy.











