1 maja w angielskiej Premier League odbyły się dwa zaległe spotkania 34. kolejki rozgrywek. W pierwszym kolejnej zawstydzającej porażki doznali gracze Liverpoolu, ulegając ekipie Fulham 0:1. Oba zespoły zrównały się w ten sposób zdobyczą punktową. Drugi pojedynek, pomiędzy Stoke i Evertonem, zakończył się remisem 1:1. Dwie z trzech strzelonych dziś bramek były trafieniami samobójczymi.
Liverpool – Fulham 0:1 (0:1)
Pierwsza połowa spotkania należała do graczy Fulham. „The Cottagers” przeważali, stwarzali dużo groźnych akcji i co najważniejsze, prędko objęli prowadzenie. W 5. minucie w pole karne graczy Liverpoolu groźnie dośrodkował Riise. Piłkę strącił Pogrebniak, ta odbiła się od klatki piersiowej defensora „The Reds” Martina Skrtela i zaskoczyła bezradnego Doniego. Podopieczni Kenny’ego Dalglisha próbowali odpowiedzieć na to zaskakujące ukłucie, ich poczynania charakteryzował jednak totalny brak ładu. Świetnie spisywał się też Clint Dempsey. Amerykanin niezwykle inteligentnie rozgrywał piłkę, stwarzając popłoch w szeregach piłkarzy „The Reds”. Najlepszą okazję do wyrównania gospodarze stworzyli za sprawą Carrolla. Po strzale Anglika piłkę między rękami przepuścił Schwarzer i tylko przytomność umysłu Hangelanda sprawiła, że Fulham nie straciło bramki – Norweg wybił futbolówkę z linii bramkowej. W samej końcówce pierwszej odsłony spotkania bliski zdobycia gola był też Maxi Rodriguez, ale Argentyńczyk w dogodnej okazji huknął wysoko nad bramką.

Po przerwie mieliśmy do czynienia z wzmożoną aktywnością w ofensywie graczy Liverpoolu. Zawodnicy „The Reds” próbowali zmienić niekorzystny rezultat utrzymujący się w meczu. Strzały gospodarzy nie potrafiły jednak odnaleźć drogi do bramki niepewnie spisującego się dziś Schwarzera. Dobrze spisywała się defensywa Fulham, która powstrzymywała próby podopiecznych Kenny’ego Dalglisha. Goście stworzyli mniej okazji bramkowych, były one jednak dużo groźniejsze w porównaniu z atakami Liverpoolu. Doskonałą okazję miał w 62. minucie Riise. Płaskie uderzenie Norwega potrafił zatrzymać jednak Doni. Kilka chwil później w słupek trafił Karim Frei. Liverpool nie potrafił znaleźć pomysłu na rozmontowanie defensywy „The Cottagers”, postawa gospodarzy odzwierciedlała w pewnym sensie obecny sezon w wykonaniu tej drużyny. W 79. minucie powinno być 2:0. Szarżującego Dempseya doskonale powstrzymał jednak Doni. W ostatnich sekundach gry Liverpool miał ostatnią szansę na wyrównanie, ale Shelvey potwornie przestrzelił z rzutu wolnego. Gracze „The Reds” po raz kolejny w ostatnim czasie musieli przełknąć gorycz porażki.
Stoke – Everton 1:1 (0:1)
Na Britannia Stadium inicjatywę od samego początku przejęli zawodnicy Evertonu. Na uwagę zasługiwały zwłaszcza popisy prawego skrzydłowego „The Toffees”, Victora Anichebe. Nigeryjczyk swymi błyskotliwymi dryblingi nieustannie ośmieszał defensorów gospodarzy. Gracze Stoke mogli efektownie odpowiedzieć w 15. minucie, kiedy to ślicznym lobem popisał się Etherington. Piłka po uderzeniu zawodnika „The Potters” poszybowała jednak nad poprzeczką bramki strzeżonej przez Howarda. Im bliżej było końca pierwszej połowy meczu, tym bardziej przewaga przyjezdnych się uwypuklała. Dwie dobre szanse na zdobycie gola miał Osman, Anglikowi za każdym razem brakowało jednak zimnej krwi. W 41. minucie z dobrej strony pokazał się Pienaar. Reprezentant RPA popisał się efektowną szarżą, zakończoną strzałem na bramkę Begovicia – ten jednak fantastycznie interweniował, ratując Stoke od utraty bramki. Kilka chwil później był już jednak bezradny. Kolejną bramkę w tym sezonie zdobył Peter Crouch, tyle że tym razem zmusił do kapitulacji… własnego golkipera. Z prawej strony boiska zacentrował Hibbert, futbolówka otarła się o Wilsona, po czym odbiła się od nogi rosłego snajpera i zaskoczyła bezradnego Begovicia. Do przerwy zatem 0:1.










