Po zupełnie nieudanym turnieju Euro 2008 wydawało się, że gorzej być nie może. Pogłoski o zwolnieniu już wtedy Leo Beenhakkera nie sprawdziły się, a było wręcz przeciwnie. Holender miał powrócić w glorii chwały, wprowadzając reprezentację Polski do mundialu w RPA. Cóż zatem prostszego, skoro kadrowicze trafili najlepiej jak mogli? Grupa marzeń, grupa snów i wiele więcej synonimów tych wyrazów padało głośno w mediach. Awans mamy w kieszeni! Czy aby na pewno?
„Dobre złego początki”. Taką krótką myślą śmiało można by było zakończyć rozważania na temat eliminacji do mistrzostw świata 2010. I pierwszy wyraz tego powiedzenia wcale nie odnosi się do któregoś z „fantastycznych” występów Polaków na boisku, lecz dotyczy wydarzenia z 25 listopada 2007 roku. Wtedy to w portowym mieście Durban odbyło się losowanie grup eliminacyjnych. Dzień jak marzenie, po którym świętować można było już awans: tak zdaje się myśleli włodarze PZPN-u. Z pierwszego koszyka trafiliśmy przecież na Czechów, a należało się obawiać Włochów, Niemców, Holendrów, Francuzów, Portugalczyków czy nowo ukoronowanych mistrzów Europy – Hiszpanów. A kto to jest Słowacja? Kim są Słoweńcy? Polacy wiedzieli – to państwa, z którymi inkasujemy komplet punktów, bo przecież na żadnej wielkiej imprezie ostatnich lat nie zagościli. Kiedy zaś padło na Irlandię Północną, Michał Listkiewicz przypomniał sobie, że jeszcze niedawno z nimi graliśmy, tylko w jakich okolicznościach? Mało ważne, bo najważniejszy był fakt, że oba mecze wygraliśmy i teraz nie mogło przecież być inaczej. Do tego doszedł imperator światowego futbolu, reprezentacja San Marino. Jak się jednak okazało i w jednym z meczów z tą drużyną o mały włos się nie skompromitowaliśmy.

Wszystko zaczęło się w ciepłe sierpniowe popołudnie. Stadion pęka w szwach, a na trybunach… aż 8400 widzów. Podejmujemy Słowenię – taki zespół nam nie zagrozi. Pierwszy gwizdek i Polacy poczynają sobie nad podziw dobrze, strzelają nawet bramkę. Zaczynamy liczyć, bo 1:0 to wynik, którego każda reprezentacja pokroju „Biało-czerwonych” z pewnością by się powstydziła. Owe liczenie kończy się w tuż przed przerwą. Do naszej siatki trafia bowiem Zlatko Dedić. Nasi tradycyjnie zdziwieni. Kto go krył? On nie był mój! Każdy z obrońców uciekał od odpowiedzialności. Po przerwie my bijemy głową w mur, a Słoweńcom to na rękę. Wywożą znad Wisły pierwszy punkcik, a Leo najchętniej powiedziałby, że to wina mediów. Nie śmiemy twierdzić inaczej.
Polscy kibice wierzą, że był to zwykły wypadek przy pracy, a kolejni rywale zostaną rozbici. Następne dwa mecze wygrywamy. Jak się okazało, była to jedyna tak „długa” seria Polaków. Swoje robimy w San Marino, choć gdyby nie Łukasz Fabiański, gonilibyśmy wynik. Wreszcie inkasujemy komplet punktów i to na wielkiej potędze piłki nożnej. Możemy świętować! Sen trwa dalej, kiedy podejmujemy, jak się wydawało, najsilniejszego rywala w grupie. Nasi południowi sąsiedzi z Czech sami chyba nie sądzili, że możemy grać tak dobrze, jak miało to miejsce w Chorzowie. A jednak. Wygrywamy 2:1, a o sile kadry stanowią Kuba Błaszczykowski i Paweł Brożek. Piękne sny prędzej czy później, ale kiedyś się kończą. W tym przypadku skończył się szybciej, niż myśleliśmy.










