W drugim niedzielnym meczu 12. kolejki T-Mobile Ekstraklasy Wisła Kraków po niesamowicie słabym spotkaniu jedną bramką pokonała Śląsk Wrocław. Aktualny mistrz polski miał kilka okazji do zdobycia gola, ale to Serb Ivica Iliew w doliczonym czasie gry zapewnił trzy punkty swojej drużynie.
Początek meczu rozgrywanego w Krakowie nie obfitował w sytuacje podbramkowe. Wręcz przeciwnie – było ich jak na lekarstwo. Pierwsze zagrożenie stworzyli zawodnicy Śląska. W 9. minucie Mila zagrał do Kaźmierczaka, a „Kaz” przyjął piłkę, obrócił się i uderzył wysoko nad poprzeczką. Trzy minuty później Mila idealnie dostrzegł wbiegającego w pole karne Spahicia, ale Bośniak źle przyjął futbolówkę i z dobrej akcji nic nie wyszło. Wiślacy odpowiedzieli chwilę potem, a w zasadzie to goście sami stworzyli zagrożenie pod własną bramką. Chrapek odebrał piłkę w polu karnym, zagrał do Genkowa, który odegrał do Boguskiego, ale „Dziki” z ośmiu metrów nie zdołał pokonać Kelemena. Futbolówkę próbował jeszcze dobić Bułgar, ale zrobił to za słabo.

Kolejne warte odnotowania sytuacje wydarzyły się w końcowych minutach pierwszej części meczu. W 38. minucie Sobota spod końcowej linii znakomicie odegrał do całkowicie niekrytego w polu karnym Mili, a kapitan wrocławian mógł zapytać Pareikę, gdzie ma uderzyć. Strzelił jednak wprost w bramkarza. To powinien być gol. 60 sekund później w polu karnym Śląska przewracał się Garguła, jednak były znakomity pomocnik zdolności aktorskie ma na bardzo słabym poziomie, więc sędzia Gil nie dał się na te popisy nabrać.
Na pięć minut przed końcowym gwizdkiem kolejną sytuację bramkową miał Mila. Z lewego skrzydła płasko zagrywał Ćwielong, a liderowi Śląska pozostało dostawić tylko stopę… Tak się jednak nie stało. Po czterech minutach Mila zrobił to, co potrafi najlepiej – zagrał dokładną piłkę na głowę. Do futbolówki wyskoczyli Pareiko i Kaźmierczak i co ciekawe, starcie to wygrał rosły pomocnik. Gdyby strzał „Kaza” był ciut celniejszy, estoński bramkarz musiałby wyjmować piłkę z siatki. Chwilę potem bardzo kiepską pierwszą połowę zakończył sędzia Gil, a piłkarze szybko udali się do szatni.
Za to bardzo dobrze na trybunach bawili się krakowscy kibice. Dostrzegając mierność swojej ekipy, skandowali nazwiska swoich antybohaterów. Na widowni rozbrzmiewały gromkie „Siergiej Pareiko” czy „Łukasz Garguła”. Jednak hitowym zawołaniem kibiców Wisły było – „Daniel Sikorski – najlepszy napastnik Polski”.













