Wielu z Was na pytanie: jaki wenezuelski piłkarz jest Wam najbardziej znany, odpowie – „żaden”. I oczywiście nic w tym dziwnego. Dla piłkarskiego laika Wenezuela jest totalną egzotyką, co spowodowane jest nie tyle słabymi wynikami reprezentacji, co dopiero rosnącą modą na futbol w tym kraju. W ostatnim czasie drużyna narodowa zaczęła jednak robić systematyczny postęp i Wenezuelę nie stawia się już w jednym szeregu z Boliwią – najsłabszym obecnie zespołem w Ameryce Południowej.
Z łatką najsłabszego zespołu na kontynencie Wenezuela zaczęła walczyć już od 2007 roku i momentu zorganizowania turnieju u siebie. Zapoczątkowany w czerwcu, na oczach nieżyjącego już prezydenta Hugo Chaveza, okazał się sporym sukcesem organizacyjnym i zaszczepił w Wenezuelczykach miłość do piłki nożnej. Zaraz… Miłość do piłki nożnej? Przecież to Ameryka Południowa – kontynent, gdzie piłka nożna jest religią, a dzieci już od najmłodszych lat „piłkarskie obowiązki” przedkładają nad te szkolne. Wenezuela jednak różniła się od pozostałych w tej części świata. Tu liczył się baseball i wielkie gwiazdy, które co roku święciły triumfy w amerykańskiej MLB.
Optyka zmieniła się po turnieju w 2007 roku. Wenezuela osiągnęła wielki sukces, po raz pierwszy w historii wychodząc z grupy i zatrzymując się ostatecznie na Urugwaju w spotkaniu ćwierćfinałowym. To był jednak dopiero początek. Po turnieju selekcjonera kadry Richarda Paeza zastąpiła wielka nadzieja wenezuelskiej myśli szkoleniowej – Cesar Farias. Okazał się on świetnym kontynuatorem myśli swojego poprzednika, łącząc przy okazji funkcję selekcjonera pierwszej drużyny z byciem opiekunem kadry U-20, z którą zresztą po raz pierwszy w historii awansował na mistrzostwa świata U-20 w 2009 roku.
Na Copa America w 2011 roku byliśmy już świadkami prawdziwego popisu piłkarzy z północnej części kontynentu. Na dzień dobry urwali punkty Brazylijczykom, wybijając im kompletnie futbol z głowy. Później przyszło zwycięstwo nad Ekwadorem i szalone spotkanie z Paragwajem, w którym remis 3:3 zapewnili sobie dopiero w ostatniej minucie. Nie bądźcie jednak naiwni – nie był to futbol efektowny, ale raczej pragmatyczny, biorący pod uwagę rzeczywisty potencjał reprezentacji.
Po fazie grupowej nie każdy odbierał Wenezuelczyków poważnie. Mecz z Chile udowodnił jednak, jak bardzo krytycy się mylili. Podopieczni Fariasa odprawili Chilijczyków z kwitkiem, aczkolwiek wynik przekłamywał rzeczywistość. Chile było w tym spotkaniu lepsze, Suazo niemiłosiernie obijał słupki i poprzeczki, a Arango i spółce wychodziło praktycznie wszystko. Ostatecznie Wenezuela osiągnęła półfinał, w którym po najbardziej nudnym spotkaniu w całym turnieju ostatecznie musiał uznać wyższość Paragwaju w rzutach karnych. Ogólnie wrażenie pozostało jednak pozytywne. Farias udowodnił, że z drużyną narodową można zrobić całkiem niezły wynik.










