Kolejna porcja wątpliwości została rozwiana. Po ósmej angielskiej kolejce jesteśmy mądrzejsi o sporo interesujących rzeczy. To z pewnością była dobra, warta obejrzenia tura spotkań.
Nie wiem. Po raz pierwszy nie wiem, który mecz można by określić jako największą niespodziankę. Weźmy sobie na przykład Everton. Czy byłaby lepsza sytuacja na odbicie się od dna? Na pokazanie kibicom, że aż tak źle być nie może? Otóż bardzo dobrze się stało, że „The Toffies” dobili nieudaczników zza miedzy i w derbach Merseyside zwyciężyli „The Reds”. Od tego tygodnia oficjalnie Liverpool ma nowego ratownika. Jak widać, na razie okręt tonie, a wraz z nim nowy nabywca, który jeszcze niczego nie zdążył popsuć. Dni najlepszego trenera w Anglii zostały policzone. Zrobił się taki mały czerwony październik w drużynie Liverpoolu.

Idąc za ciosem, wyjazdowe spotkanie lidera przyniosło również nieoczekiwane rozwiązanie. Aston Villa na swoim stadionie zatrzymała pędzący ekspres Ancelottiego i tym sposobem Chelsea straciła punkty po raz drugi w tym sezonie. Ojcem sukcesu może czuć się trener, tak. Gerard Houllier. Może powinien wrócić na stare śmieci do Liverpoolu? Nie, na razie w „The Villans” wykonuje całkiem pożyteczną pracę, sezon się zaczął i droga do europejskich pucharów jest ciągle otwarta. Zatem do dzieła!
I zaraz po głównym daniu, na zakąskę przed pozostałymi meczami, wypada wspomnieć o United. Czy dokonania Van der Sara trzeba komuś przypominać? Może powinno się zacząć mówić o tym głośniej, bo ostatnio ich coraz mniej, nic dodać nie możemy. W tym tygodniu holenderski bramkarz pozbawił swoją drużynę dwóch oczek. Tak koszmarnych błędów w Manchesterze nie pamiętają od występów Howarda. Panie Ferguson, przestań Pan żuć tę gumę i przyjrzyj się Pan temu Kuszczakowi. Może warto zaryzykować? A WBA spokojnie gromadzi swoje punkciki i coraz bardziej nas zadziwia. Tylko zastanawiam się, ile ten stan jeszcze potrwa.
Z wyników bardzo zaskakujących to na tyle. Teraz przyjrzymy się zespołom, które nie aż tak zawodziły i pewniejszym krokiem zmierzają po swoje. Drugi Manchester. Pierwsza połowa została poświęcona na kruszenie muru, który później rozpierzchnął się w pył. Mimo że wynik wygląda niemało zaskakująco, „The Citizens” nie mieli większych problemów. Uważam jednak, że strzelenie dwóch goli drugiej drużynie w lidze to sukces Blackpool w obliczu faktu, że z innymi drużynami z czołówki ten zespół zbierał tęgie baty.
Arsenal, mimo wielu okazji, swoje panowanie udokumentował tylko przewagą jednej bramki. To mało. Ale w przypadku, kiedy cała czołówka traci punkty, to bramki się nie liczą. Z drużyny wyleciał młody, samozwańczy (przez swą grę) lider drużyny. Przez głupotę, nie oszukujmy się. Może być to bardzo duże osłabienie, bo w następnej kolejce dojdzie do bardzo ważnego pojedynku, kto wie, czy nie o (wice)mistrzostwo Anglii. „Kanonierzy” wybiorą się na City of Manchester Stadium.














