To, że beniaminek ma dobry start w Premier League, zdarza się często. Tak, jest to na porządku dziennym. Ale ileż można? Pamiętam, że Hull jak burza przechodzili niższe klasy rozgrywkowe, ale w życiu sobie nie wyobrażałem, że po ośmiu kolejkach nie dość, że będą wysoko, to jeszcze na trzecim miejscu w tabeli, przed Arsenalem tudzież Manchesterem United. I to w swoim pierwszym sezonie Premiership w historii! Powoli mam tego dość.
Oczywiście ten tytuł jest tylko i wyłącznie żartobliwy. Naprawdę nie mam nic przeciwko takim zwrotom akcji w coraz to nudniejszej lidze angielskiej. Z drugiej strony też nie spodziewałbym się , że do końca sezonu Hull się tak wysoko utrzyma. Niemniej jednak miejsce w pierwszej dziesiątce jest dla nich jak najbardziej osiągalne. Gdy patrzę na obecne poczynania „Tygrysów”, od razu przypominają mi się inne beniaminki, które także miały mocne wejścia w Premiership. Pamiętam, jak Fulham na inaugurację ograł po świetnym meczu Man Utd 3:2, a cudowną bramkę z dystansu zdobył wtedy Louis Saha. Tak, sir Alex Ferguson go zapamiętał i sprowadził później na Old Trafford. Francuz jednak wielkiej kariery tam nie zrobił, ale to nie o nim jest ten tekst. Pamiętam, jak niedawno do ligi powrócił Bolton Wanderers. „Kłusaki” wygrały pięć pierwszych spotkań i samotnie prowadziły w tabeli. Ale jak to miały w zwyczaju wszystkie nowe drużyny, szybko nastąpił regres formy, a Bolton w efekcie musiał walczyć o utrzymanie.
Jednak to, co robi teraz Hull, jest co najmniej niecodzienne. Oczywiście, że w drużynie tej nie ma wielkich gwiazd ani na ławce trenerskiej, ani na boisku. Bo za wielkie gwiazdy nie można na pewno uznać Geovanniego, George’a Boatenga czy już emerytowanych Deana Windassa i Nicka Barmby’ego. Owszem, są to solidni kopacze, ale nic poza tym. Jeżeli w ogóle mogę posłużyć się takim kolokwializmem.
Jeźdźcy bez głowy
I trudno też uwierzyć, że podopieczni Philla Browna znajdują się tak wysoko, patrząc na ich wyniki. Na inaugurację wymęczyli zwycięstwo nad słabym Fulham. Następnie zremisowali z Blackburn, znowu odrabiając jednobramkową stratę. Po tym jak odpadli z Pucharu Ligi dzięki niżej notowanej Swansea, już nawet przestałem im się przyglądać. Pomyślałem, że to będzie kolejny beniaminek ciułający każdy punkt w walce o przetrwanie i zapewnienie sobie ligowego bytu. Tym bardziej, że „Tygrysy” w następnym spotkaniu, i to przed własną publicznością, zostały rozłożone na łopatki przez Wigan, które wygrało wtedy aż 5:0. Defensywa gospodarzy zagrała tamtego dnia katastrofalnie. Każdy strzał „Latics” wędrował do siatki, włącznie z samobójczym trafieniem Rickettsa.
Potem jednak przyszedł wrzesień. Piłkarze Hull wykorzystali słabszą formę Newcastle i Evertonu i w obu spotkaniach zainkasowali 4 punkty. A już prawdziwym hitem była ich przeprawa z Arsenalem na Ashburton Grove czy, jak kto woli, Emirates Stadium. Zwycięstwo nad „Kanonierami” czy tydzień później nad innym klubem z północnego Londynu, Tottenhamem, wyniosło Hull wysoko w tabeli. I oni się tam nadal utrzymują! Kto nie wierzy, niech zobaczy ligową tabelę albo obejrzy ostatnie spotkanie z West Ham. A jakże, wygrane! Powoli zaczęła się Hullomania, jakkolwiek idiotycznie to brzmi.










