Niedzielne spotkania na stadionach w Kolonii oraz w Wolfsburgu zakończyły 16. kolejkę rozgrywek o mistrzostwo Bundesligi. W piątkowym szlagierze transmitowanym przez 168 stacji telewizyjnych na całym świece Bayern Monachium odniósł zwycięstwo nad drużyną rewelacyjnego beniaminka TSG 1899 Hoffenheim, który pomimo porażki nadal przewodzi w tabeli.
Mecz na szczycie dla Bayernu
Drużyny prowadzone przez Ralfa Rangnicka i Jürgena Klinsmanna dzieliło dosłownie wszystko. Począwszy od liczby zdobytych mistrzostw na krajowym podwórku, aż po sukcesy na arenie międzynarodowej. Pomimo to popularne „wieśniaki” szumnie zapowiadały, że nie przestraszą się bardziej utytułowanego rywala i na Allianz Arena jadą po zwycięstwo. Bayern Monachium nie przewidywał nawet takiej możliwości a wręcz pozwalał sobie na ośmieszanie rywali podczas wypowiedzi przedmeczowych.
Pierwsza połowa jak na mecz lidera z wiceliderem musiała rozczarować nawet największych koneserów piłki nożnej. Obfitowała w dużą ilość fauli i żółtych kartek. Oglądaliśmy również mało składnych i przemyślanych akcji zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Druga część meczu zaczęła się niespodziewanie dobrze dla przyjezdnych, którzy w 49 minucie objęli prowadzenie za sprawą Ibisevica, dla którego było to 18. trafienie w tym sezonie. Całą akcję zapoczątkował Weis, który po wymianie podań na jeden kontakt z Demby Ba wypatrzył niepilnowanego w polu karnym serbskiego napastnika. Gospodarze od razu wzięli się ostro do roboty, co przyniosło efekt w 60. minucie, kiedy to szarżujący Philipp Lahm oddał strzał zza pola karnego, który przy lekkim udziale obrońcy gości trafił w samo okienko. Szczęście nie opuszczało Bawarczyków i w doliczonym czasie gry wynik na 2:1 ustalił Luca Toni, który wykorzystał niefortunną interwencję Ibertsbergera we własnym polu karnym. Po meczu na twarzy Ralfa Rangnicka widać było wielkie rozczarowanie i żal, ponieważ wywiezienie choćby punktu z tego gorącego stadionu było na wyciągnięciu ręki.
Gładkie zwycięstwo piłkarzy z Frankfurtu
W rywalizacji pomiędzy Eintrachtem Frankfurt a VfL Bochum kibice byli świadkami dość jednostronnego widowiska. Wszystko za sprawą Daniela Marcio Fernandesa, który już w 4. minucie gry musiał opuścić boisko z powodu faulu na Feninie. Warto odnotować, że żaden bramkarz w historii Bundesligi nie otrzymał czerwonej kartki w tak krótkim czasie. Chwilę po tym wydarzeniu pierwszy cios defensywie Bochum zadał Liberopoulos, który do siatki trafił jeszcze pod koniec pierwszej połowy. Taki obrót sprawy zniechęcił drużynę Tomasza Zdebela i Marcina Mięciela, która była tylko tłem dla graczy gospodarzy. Swoją wysoka dyspozycję tego dnia Eintrach udokumentował bramkami z 62. i 64. minuty, a ich autorami byli odpowiednio Steinhöfer oraz Russ.
Druga porażka Borussi na własnym stadionie
Drużyna z Moenchengladbach po pierwszej w historii porażce na własnym boisku z FC Koeln koniecznie chciała wynagrodzić swoim kibicom to upokorzenie. Szanse wydawały się dość wysokie, zważywszy na słabą postawę Bayeru Leverkusen w ostatnich dwóch kolejkach, gdzie musiał uznać wyższość rywali. Jednak to podopieczni B. Labbadiego jako pierwsi objęli prowadzenie w tym spotkaniu, przeprowadzając szybką kontrę, po której w sytuacji sam na sam znalazł się Kiessling, nie dając żadnych szans bramkarzowi Borussi. Ten sam zawodnik podwyższył rezultat w 38. minucie, kiedy to dostał idealne podanie od M.Kadleca po jego indywidualnej akcji. W II połowie na 3:0 podwyższył napastnik gospodarzy Helmes, a gracze z Moenchengladbach mogli już pogodzić się z drugą porażka z rzędu przed własną publicznością. Na osłodę honorowe trafienie dla Borussi uzyskał w 61. minucie T. Jantschke.








