„La Seleccion” po ciągnącym się od czterech lat paśmie sukcesów doszła do momentu, w którym każdy mecz to motywacyjne wyzwanie. Dlaczego mistrzowie świata i Europy mają się jeszcze starać? Wygrali wszystko, rozbijali rywali, na nowo definiowali futbol. Teraz, wydaje się, do przodu ciągnie ich już tylko siła własnych charakterów.

Przed decydującą o losach awansu do półfinału loterią rzutów karnych Vicente del Bosque oraz jego przyjaciel i wieloletni asystent Toni Grande stanęli przy linii bocznej. Toni w ręku trzymał kartkę, na której miał zaraz zapisać nazwiska zawodników, którzy wezmą udział w serii „jedenastek”. Nie było żadnego zmuszania – gracze jeden po drugim podchodzili do trenerów i zgłaszali swoją gotowość. Xabi, Iniesta, Pique, Ramos i Cesc poprosili o miejsca od jeden do pięć. Fabregas początkowo zapisany został jako numer dwa, ale jeszcze przed przekazaniem listy sędziemu poprosił o korektę i umieszczenie go na końcu. Grande miał wątpliwości, ale del Bosque w mig pojął, co trzeba zrobić: – Jeśli jesteś pewny, to nie ma o czym dyskutować – powiedział Cescowi. „Sfinks” bardzo dobrze zna swoich podopiecznych, wie, że są to ludzie zahartowani w bojach i doświadczeni jak nikt inny. Jeśli któryś z nich czuł się na siłach, by wziąć na swoje barki odpowiedzialność większą niż koledzy, to trzeba mu było na to pozwolić. Podobnie sprawa miała się z Sergio Ramosem. Hiszpan parę miesięcy temu koncertowo zmarnował karnego na wagę awansu do finału Ligi Mistrzów, jednak teraz jak gdyby nigdy nic poprosił o możliwość wykonania „jedenastki”, a później futbolówkę w siatce umieścił strzałem a la Panenka. – Trzeba mieć wielką pewność siebie, by pokusić się o taki wyczyn – stwierdził del Bosque, nieświadomie ubierając w słowa to, co myślały w tym momencie miliony ludzi na całym świecie. Sergio, słusznie wybrany na najlepszego zawodnikiem meczu, stał się symbolem tej drużyny. Drużyny niezłomnej, twardej i niezważającej na drobnostki.
Półfinał w wykonaniu Hiszpanów był przeciętny. Bardzo wyraźna była dysproporcja między formacjami. Obrona – od Casillasa do Xabiego Alonso – grała porywająco. Atak był zawstydzająco słaby. Bezproduktywny Xavi, bezproduktywni Iniesta i Silva. Negredo grający na poziomie Negredo… Wszystko było nie tak. Dopiero wpuszczenie na murawę dwóch szalonych skrzydłowych, Pedro i Navasa, wprowadziło nieco ożywienia w skostniałą formację. Ogólnie jednak ten mecz był doskonałym przykładem jednego z tych spotkań, w których się nie gra, tylko które się wygrywa. Obie drużyny zasłużyły na finał i jednocześnie obie zasłużyły na to, żeby zostać wyeliminowane. Przesądziło doświadczenie Hiszpanów, którzy otrzaskani na wielkich turniejach, potrafili zrobić to, co do nich należało. Można wygrać mecz, nie strzelając w nim żadnego gola. Marna skuteczność nie jest problemem. Problem byłby wtedy, gdyby „La Seleccion” traciła bramki. Ale ona tego nie robi. Piętnaście godzin minęło, od kiedy Iker Casillas ostatni raz wyciągał piłkę z siatki w meczu fazy pucharowej wielkiego turnieju. Piętnaście godzin!











