Fani z Półwyspu Iberyjskiego coraz częściej narzekają na to, że Vicente del Bosque marnuje potencjał drużyny, wystawiając w pierwszym składzie dwóch defensywnych pomocników. Oni chcieliby tylko jednego. Patrząc na grę „La Seleccion”, trzeba jednak stwierdzić, że „Sfinks” po prostu nie ma wyjścia.
W meczu z Włochami Hiszpanie chcieli być Barceloną. Tak jak „Duma Katalonii”, reprezentacja chciała zaklepać rywala na śmierć, zdominować go i zupełnie rozkruszyć jego atuty. Sześciu pomocników, z czego dwóch defensywnych, jeden neutralny i trzech ofensywnych, miało być lekarstwem na Andreę Pirlo i jego ochroniarzy. Wyszło to bardzo przeciętnie, bo chociaż Hiszpanie zapanowali nad środkiem boiska, to jednak nie powstrzymali rozgrywającego Juventusu przed zapisaniem na swoim koncie śliczniutkiej asysty. 1:1 to wynik niezły, ale z pewnością nie doskonały. Można go zaakceptować bez jakiegoś szczególnego bólu głowy, bo nie on jest problemem. Problemem jest to, że „La Seleccion” nie była lepsza od „Squarda Azzurra”. A powinna być. Powinna rządzić, dewastować.
Sen o byciu Barceloną powoli staje się przekleństwem Hiszpanów. Wychowankowie katalońskiego klubu grają nierozumnie, nie potrafią się przestawić na nieco inny styl, sądzą, że jeśli wokół siebie mają kolegów z szatni Camp Nou, to znaczy, że mają robić to, czego nauczył ich Guardiola. A figa, nie mają. Doskonale widać to na przykładzie Xaviego, który w starciu z zawodnikami z Italii był zupełnie bezproduktywny. Statystyki miał przyzwoite, ale przecież wiadomo, że kolumny liczb to w futbolu żaden wyznacznik jakości. Problemem rozgrywającego było to, że myślał tak jak w klubie. W „Blaugranie” gra praktycznie defensywnego pomocnika, cofa się i wspiera Busquetsa w odbiorze piłki, rozgrywa ją, począwszy od linii obrony. W reprezentacji nie musi (nie może!) tego robić, bo za plecami ma nie tylko Sergio, ale też Xabiego Alonso. A Xabi Alonso to tytan. To bóg. To geniusz. To ktoś, kogo Barcelonie bardzo brakuje. Bask jest dyrygentem, który nie miesza się w poczynania bardziej ofensywnych kolegów. Jego interesuje odebranie piłki rywalowi i podanie jej dalej. I na tym jego rola się kończy. Urodzony w San Sebastian zawodnik doskonale rozumie się z Busquetsem, bo Busquets akceptuje jego przywództwo. Xabi mówi Katalończykowi, co ten ma robić, on to robi i wszystko działa doskonale. W meczu z Włochami w zabawę dwóch doskonałych pivotów nagminnie wtrącał się Xavi. Cofał się po piłkę aż w okolice środka obrony, zupełnie ignorując dwóch kolegów. Mało tego – można było odnieść wrażenie, że „Maki” wręcz unika podań do Alonso. Ta zabawa bardzo denerwowała del Bosque, który kilka razy wołał do siebie Xaviego i bardzo wyraźnie pokazywał mu, że ma grać wyżej.
Bo gdy Katalończyk jest między obroną a defensywną pomocą, w drugiej linii robi się dziura. Iniesta, Silva i Cesc czekają na podanie, ale nie ma im kto podać, bo Xabi i „Busi” trzymają się pozycji. Ostatecznie dochodziło do tego, że Alonso grał przy linii bocznej, a Sergio pałętał się gdzieś bez celu tylko po to, żeby Xavi mógł wyprowadzić piłkę z obrony. A to przecież hiszpańskie doble pivote uratowało wczorajszy mecz. Bask i Katalończyk mieli razem 21 odbiorów. Dla porównania Claudio Marchisio, Thiago Motta i Andrea Pirlo łącznie piłkę zabierali 11 razy (tyle samo co Alonso), a przecież mieli znacznie więcej okazji, by futbolówkę rywalowi ukraść. Włosi grali pięcioma pomocnikami, ale gigantyczna praca, jaką wykonali pivoci „La Seleccion”, sprawiła, że nic z takiego zagęszczenia nie wynikało. Xabi nie popełnił żadnego poważnego błędu. Busquets popełnił jeden. To bardzo mało.









