Mało kto spodziewał się tak udanego powrotu Thierry’ego Henry’ego do drużyny Arsenalu Londyn. Nawet sam Francuz nie może uwierzyć, że poniedziałkowy mecz wcale mu się nie przyśnił.
34-latek wszedł na boisko w 68. minucie, kiedy na tablicy świetlnej widniał wynik bezbramkowy. Już jedenaście minut później najlepszy strzelec w historii „Kanonierów” ponownie zachwycił kibiców swoim znakiem firmowym. Dobrze wybiegającego w uliczkę zawodnika wypatrzył Alexandre Song, po czym zagrał do niego świetną, prostopadłą piłkę, a Henry posłał ją precyzyjnie w długi róg.
Radość całej drużyny, a zwłaszcza francuskiego napastnika trwała bardzo długo, nie tylko po samym zdobyciu gola, ale także później, po meczu (jego wynik nie uległ zmianie). W oczach zawodnika można było dostrzec łzy.
– Mam nadzieję, że nikt mnie nie obudzi i nie powie, że to był sen. Myślałem o tym przez długi czas, właśnie dlatego tak długo nie wychodziłem z szatni. Być może to dlatego, że jestem już stary i próbuję się cieszyć każdą chwilą. Jutro mamy dzień wolnego i zamierzam trenować ciężko. To właśnie ciężka praca doprowadziła mnie tutaj, gdzie jestem.
– Defensywa Leeds była naprawdę trudna do przejścia. Zresztą, gdyby Becchio strzelił bramkę po tym uderzeniu z woleja, to mecz wyglądałby zupełnie inaczej. Nie było to najlepsze spotkanie w naszym wykonaniu, ale w pucharach trzeba zawsze przede wszystkim wykonać zadanie, którym jest awans. Nam się to udało – powiedział bohater meczu, który wyśrubował swój rekord liczby bramek strzelonych z armatką na piersi. Po spotkaniu z Leeds wynosi on już 227 trafień.










