W sezonie 2008/2009 trener Henryk Kasperczak z pasją poprowadził zespół Górnika do spadku, Wisłę – zaledwie do wicemistrzostwa. Kilka dni upłynęło od oszałamiającej porażki „Białej Gwiazdy” z Qarabagiem.
Trudno o bardziej niewdzięczne zadanie: sprostać legendzie własnego nazwiska. Trener Kasperczak, przez lata wymieniany w gronie kandydatów do objęcia stanowiska selekcjonera reprezentacji Polski, stracił w okresie kilkunastu miesięcy prawie wszystkich sojuszników. Można tylko spekulować, czy Franciszek Smuda objąłby kadrę Polski, gdyby Kasperczak odmówił działaczom Górnika w 2008 roku.
Dzieło samozniszczenia Henryk Kasperczak rozpoczął w Zabrzu, a dokończył w Krakowie. Tuż po spadku Górnika powinien odpocząć, niestety nadal liczył na swój – trenerski – nos. Okazało się, że sprawdzone od lat metody działania, które zaprowadziły zawodników z Maghrebu na szczyt, w polskich warunkach oznaczają porażkę. W Afryce piłkarzy nie trzeba motywować, w Polsce trzeba ich przepłacać, aby raczyli biegać po zielonej trawie. Kasperczak doskonale znał podejście polskich zawodników do wykonywania zawodu (niedawne zachowanie Strąka wyjaśnia w czym rzecz). Błędem trenera była również próba konfrontacji z trudnym materiałem.
Losy byłego już szkoleniowca Wisły i Górnika pokazują także prawdziwe oblicze zawodników zatrudnionych w polskich klubach, tylko nieliczni (np. Jacek Trzeciak, Marcin Adamski) wiedzą, co oznacza etos pracy, pozostali to dzieci menadżerów, których nauczono, że piłka to kasa… Cóż z tego, że mamy coraz więcej pięknych stadionów, skoro za kilka lat będziemy zmuszeni oglądać „pokazy”, których prapremierę mogli podpatrywać kibice Legii w ostatnim sezonie. Najpewniej trener Kasperczak niedługo wyjedzie do Afryki, gdzie jego nazwisko nadal brzmi dumnie, a w Polsce stało się synonimem porażki.










