W sobotnie popołudnie rozegrano kolejne mecze 4. kolejki angielskiej ekstraklasy. Arsenal gładko rozprawił się z Boltonem 4:1, natomiast w derbach stolicy West Ham uległ Chelsea 1:3.
Kapitan wrócił, Arsenal gromi
Podopieczni Arsene Wengera powoli zaczynają mieć ten sam problem, który dotyczy ich co sezon. Coraz większa liczba piłkarzy jest niezdolna do gry ze względu na kontuzje. Ze składu przed spotkaniem odpadli także Vermaelen i Walcott. Natomiast w czerwonej koszulce zadebiutował ostatni nabytek w okienku transferowym – Sebastian Squillaci. Co prawda, ostatnie pięć spotkań przeciwko sobie padło łupem „Kanonierów”, ale zawsze były to punkty wywalczone w ciężkich warunkach. Aż trzykrotnie była to wygrana przewagą tylko jednej bramki.
Od pierwszego gwizdka „Chłopcy Wengera” mieli problemy z zawiązaniem akcji, ze stworzeniem czegoś sensownego. Ten stan beznadziei i oddania inicjatywy trwał dosyć długo, bo aż do pierwszego kwadransa. Wtedy to groźnym strzałem popisał się reprezentant Czech, Tomas Rosicky. Po tych piętnastu minutach Arsenal zaczął łapać wiatr w żagle. Swoją szansę miał Arszawin, ale paskudnie chybił. W 24. minucie meczu gospodarze udokumentowali swoją przewagę, a w moich głośnikach rozbrzmiało głośne, gardłowe „goool”. Po kapitalnym podaniu Wilshere’a akcję podaniem zamknął Fabregas, a z najbliższej odległości piłkę do siatki wepchnął Laurent Kościelny. Było to jego premierowe trafienie w barwach nowego klubu.
Arsenal już rządził i dzielił. Bardzo szybko gospodarze stworzyli sobie kolejne, wyśmienite okazje. Bardzo aktywny Rosicky trafił w gąszcz piłkarzy w polu karnym, natomiast w sytuacji sam na sam Arszawin uderzył w siatkę, ale tę boczną.
Gdy połowa dobiegała końca, Kościelny chciał podać piłkę głową do własnego bramkarza. Niestety, to podanie okazało się zbyt krótkie i futbolówka padła łupem Lee. Ten położył Almunię i popędził do linii bocznej. Stamtąd dośrodkował wprost na głowę Johanna Elmandera. Szwed się nie pomylił i do przerwy był remis. Ciekawostką jest to, że statystycy wyliczyli Arsenalowi aż 61 procent posiadania piłki, co świadczy o przewadze stołecznego zespołu.
Blisko po kwadransie drugiej części cudowne „goool” ponownie wydobyło się z głośników. Chwilkę przed tym były napastnik Bordeaux po świetnym podaniu Fabregasa popędził sam na sam z Bogdanem. Niestety, przegrał ten pojedynek, ale już po rzucie rożnym Chamakh dopiął swego. Asystował Cesc, a Marokańczyk trafił w podobny sposób jak przeciwko Blackpool. Znakomicie wyszedł w powietrze i głową skierował piłkę do bramki.
Pięć minut później goście grali już w dziesiątkę. Gary Cahill został odesłany do szatni za brutalny faul Marouanie Chamakhu. Od tego momentu piłkarze Arsenalu grali już spokojnie, grali swoją piłkę. Chociaż nie można powiedzieć, żeby Bolton nie próbował zawiązać ciekawych akcji. Johann Elmander miał jeszcze swoją szansę.
Na dziesięć minut przed końcem wynik podwyższył Alex Song. Kameruńczyk z rzadka zapędzał się pod pole karne rywali, a co dopiero trafiał do siatki. Tego dnia mu się to udało. Nadmienić trzeba, że ten defensywny pomocnik rozegrał bardzo dobre zawody. Chwilkę później na placu gry pojawił się Carlos Vela. Akcja, zaraz po przerwie w grze, była bardzo długa, złożona z kilkudziesięciu podań. Na trybunach grzmiało „ole, ole”. W jednej chwilii kapitan „Kanonierów” rzucił piłkę za plecy Knighta i oko w oko z Bogdanem stanął Vela, który nie zwykł marnować takich okazji. Meksykanin wbił ostatni gwóźdź do trumny Owena Coyle’a i pogrążył cały zespół „Kłusaków”. Piłkarze Boltonu zostali już całkowicie zamknięci na własnej połowie, a koncert gospodarzy powoli dobiegał końca.










