Po wtorkowej multilidze z grupy spadkowej byliśmy pełni obaw co do dzisiejszych zmagań. Ale nie pierwszy raz ekstraklasa pokazała, że potrafi walić nam w oczy prosto z dzidy. Cóż to było za popołudnie, dzwonek za dzwonkiem.
Kilka lat temu podczas ostatniej kolejki oglądaliśmy zażartą walkę o utrzymanie między Podbeskidziem a Bełchatowem. Wówczas mogliśmy odczuwać współczucie wobec spadkowiczów z ekstraklasy, gdyż na wiosnę oba zespoły po prostu prezentowały się bardzo dobrze. Czy podobną analogię mogliśmy zastosować i dziś? Niekoniecznie. Mówiąc brutalnie, oba Górniki w pełni zasłużenie rywalizowały o utrzymanie. I prawdę mówiąc, przed multiligą wiedzieliśmy, że nie będziemy odczuwali większego żalu z powodu porażki którejś z tych ekip.
Show Samuraja
Zdecydowanie najciekawiej było dziś we Wrocławiu. Od początku oglądaliśmy tam nie tylko zdeterminowany Śląsk, ale też wzmocniony psychologicznie zespół Górnika Łęczna. I od początku aż chciało się, by realizatorzy zostawiali multiligę tylko na tym stadionie, ewentualnie przenosząc się jedynie na bramki.
Śląsk nie odpuścił, był głodny gry i bramek. Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy piłkarze Rumaka dziś odpuszczą, to już po 10 minutach mógł czuć się w pełni przekonany co do ambicji gospodarzy. Szybka akcja Morioki, trochę szczęścia i gol.
1:0.
I trzeba pochwalić piłkarzy Rumaka, bo po zdobyciu gola nie cofnęli się, lecz dalej parli na bramkę Prusaka. Prawdę mówiąc, dość szybko zaczęliśmy się obawiać o zespół gości. Poprzeczka bowiem została dziś wysoko zawieszona. Ale Górnik również nie pękał, szukając swoich szans. Aż w końcu jakiś nieoczekiwany błysk geniuszu Pitry’ego zaowocował golem wyrównującym.











