O tym, że historia lubi się powtarzać, wiemy od dawna. Przy okazji międzynarodowych starć naszych drużyn, klubowych i narodowej, z lubością wracamy do naszych zamierzchłych tryumfów. Pretekst do podróży w czasie upatruję w obecnej sytuacji Górnika Zabrze i Manchesteru City. Obie ekipy stoją bowiem przed realną szansą powtórzenia swoich wielkich ongiś sukcesów. A zatem – zapraszam na wycieczkę w przeszłość.
Lata 60. ubiegłego stulecia to dla zabrzańskiego Górnika okres iście złoty. Śląskie asy aż sześć razy sięgały po tytuł Mistrza Polski, dorzucając do tego cztery puchary krajowe. Sukces odnotowały również gołowąsy tej drużyny, wygrywając w 1967 roku Mistrzostwa Polski U-18. Kibice, nie tylko Górnika, wspominają także wyśmienitą grę drużyny na arenie międzynarodowej. Szczyt formy zabrzańskiej jedenastki przypadł właśnie na końcówkę lat 60.
Ostatnie wielkie sukcesy Manchesteru City pamiętają już tylko najzagorzalsi fani tej drużyny. Rok 1976 okazał się ostatnim, w którym popularni „Citizens” wznieśli w górę trofeum, do tego mało prestiżowy Puchar Anglii. Był to jednocześnie ostatni podryw drużyny, która w latach 60. XX wieku uchodziła za ekipę naprawdę mocną, nie tylko w kraju. W roku 1970 drużyna City wygrała nieistniejący już Puchar Zdobywców Pucharów. W finale angielski team pokonał… Górnika Zabrze.
Obydwie ekipy były wówczas w swoich ligach mocne, w wielu meczach uważane za murowanych faworytów. Dominację na krajowym podwórku potwierdzały zachodząc wysoko w europejskich pucharach. Los skojarzył je ze sobą dopiero w finale wspomnianego PZP, było więc to prawdziwe spotkanie na szczycie. Polacy, mimo wielkich chęci, ulegli Anglikom 1:2. Dla City było to jedyne europejskie trofeum, dla Górnika (i w ogóle polskich drużyn) jedyny mecz finałowy na tak wysokim szczeblu. Rok później, już na etapie ćwierćfinału PZP, doszło do rewanżu, jednak górą znowu byli „Citizens”. Nigdy potem już owe ekipy na boiskach europejskich tak dobrze sobie na radziły.
Nowe nadzieje
Po blisko 40 latach od tamtych wydarzeń los ponownie łączy obie drużyny. Nie chodzi tu jednak o bezpośrednie starcia na boisku, ale – przy zachowaniu odpowiednich proporcji – bardzo podobne sytuacje. Górnik Zabrze od pewnego czasu współpracuje z niezwykle bogatym sponsorem, niemiecką firmą Allianz. Od czasu parafowania umowy śląscy kibice oczekują odbudowy drużyny wielkiej, liczącej się w kraju i za granicą. Sen o wielkim Górniku, z gwiazdami w składzie i supermanagerem na ławce, jest wciąż tylko sennym marzeniem. Wielkich pieniędzy na razie w Zabrzu nikt nie widział, podobnie jak piłkarzy z górnej półki. Trenuje zabrzan słynny Henryk Kasperczak, ale z pustego to i Salomon nie naleje. Dlatego „Henri” nie śpi po nocach, obmyślając, jak tu Górnika utrzymać w Ekstraklasie. O transferowych hitach może zapomnieć, gdyż wielcy idą tam, gdzie sukcesy mają zagwarantowane, a nie obiecane na papierze.
Podobnie rzecz ma się z Manchesterem City. Przejęcie „Citizens” przez bajecznie bogatych przybyszów ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich rozbudziło w kibicach marzenia o nawiązaniu do lat 60. i 70. Płynące bez końca petrodolary mają bowiem zagwarantować sprowadzenie do klubu piłkarzy wybitnych, za których trzeba płacić kwoty niebotyczne. Szejkowie wejście mieli zaiste udane – sprzątnęli wielkiej Chelsea sprzed nosa wyrywanego z Realu Madryt Brazylijczyka Robinho. Stało się to w niejako doliczonym czasie letniego okienka transferowego i miało być jedynie przygrywką przed styczniowym szaleństwem zakupów. Rzeczywistość jest jednak zgoła odmienna – na półmetku obecnego sezonu ekipa prowadzona przez Marka Hughesa walczy, by… nie spaść z ligi.










