Do 70. minuty można było mówić, że Leicester będzie mistrzem Anglii, gdyż nie ma rywala. Wtedy właśnie gracze Tottenhamu przypomnieli sobie, że to nie jest byle jaki sezon i nie walczą o miejsce w LE, ale o mistrzostwo Anglii. Co więc zrobili? W sześć minut strzelili trzy bramki i niczym wytrawny bokser położyli rywala na deski w momencie, kiedy nikt tego nie oczekiwał. Tak gra kandydat na mistrza!
Na pole position dalej jest ekipa Ranieriego, ale Kane i spółka wcale nie zamierzają odpuszczać. Dzisiejsze spotkanie miało być dla nich dużym testem, bowiem mierzyli się z jedną z najlepszych defensyw w lidze. W każdym razie jedną z najlepszych do 70. minuty. Pierwsza połowa to wzajemne badanie rywala i taka nuda, że szczegółowy komentarz do niej byłby nadwyrężaniem i moich, i Waszych, drodzy czytelnicy, sił.
Druga połowa to inna para kaloszy. Piłkarze zeszli do szatni i możemy tylko przypuszczać, co usłyszeli od swoich szkoleniowców. W szatni gości pewnie było to coś w stylu „Brawo, po raz kolejny zero z tyłu, tak trzymać!”, Pochettino zaś musiał powiedzieć „Panowie, chyba pomyliliście kluby z Londynu. To nie Arsenal!”.
Pokazały to już pierwsze minuty, a w Manchesterze nawet czas przed pierwszym gwizdkiem drugiej części spotkania, bowiem Marcusa Rashforda, skądinąd dzisiaj bezbarwnego, zmienił… Ashley Young. I grał na szpicy, podczas gdy Martial biegał na lewym skrzydle. Hulaj dusza, piekła nie ma.
„Koguty” natomiast zaczęły atakować tak zawzięcie, że bramki były tylko kwestią czasu, a gdyby między słupkami stał ktokolwiek inny niż David de Gea, to przedstawiciele Księgi rekordów Guinnessa już byliby w drodze do Londynu z dyplomami i gratulacjami za najwyższy w historii ligi wynik w drugiej połowie.
Tak to trwało właśnie do 70. minuty, kiedy strzelanie rozpoczął Dele Alli. To już dziewiąta bramka 19-latka w trwającym sezonie Premier League! Jeśli nie dostanie on nagrody dla najlepszego młodego gracza ligi, to sprawiedliwość jest pojęciem wymarłym.
Dalej za wynik wzięli się Toby Alderweireld i Erik Lamela. Gdyby podczas tych sześciu minut Manchesteru nie było na boisku, nie stanowiłoby to najmniejszej różnicy, gdyż nie byli dla gospodarzy żadną przeszkodą. Może nawet ułatwieniem, kiedy Rojo był prawdziwym podparciem dla Alderweirelda przy bramce.











