Nie było niespodzianki w zaległym meczu pierwszej kolejki angielskiej Premier League. Drużyna z Londynu pewnie pokonała Everton 2:0. Dzięki temu zwycięstwu podopieczni Harry’ego Redknappa zrównali się punktami z Manchesterem United, umacniając się na trzeciej pozycji w tabeli. Nad czwartym zespołem Chelsea mają już osiem oczek przewagi.
Przypomnijmy, że mecz, który planowo miał zostać rozegrany 13 sierpnia, został przełożony właśnie na środowy termin ze względu na zamieszki w Londynie, nieopodal stadionu White Hart Lane.
Tottenham od początku sezonu radzi sobie bardzo dobrze, przed spotkaniem zajmował trzecią pozycję w tabeli i coraz częściej jest wymieniany w gronie faworytów do tytułu mistrzowskiego. W poprzednim spotkaniu „Koguty” ograły na własnym boisku West Bromwich Albion po bramce Jermaine’a Defoe.

Drużyna z Liverpoolu przed meczem znajdowała się na jedenastej pozycji w zestawieniu drużyn Premier League. To lokata rozczarowująca – przez ostatnie lata piłkarze Evertonu zawsze atakowali miejsca, które dają grę w europejskich pucharach. W drużynie Davida Moyesa zdecydowanie brakuje skutecznego napastnika – do tego stopnia, że w ostatnim meczu za strzelanie bramek musiał się wziąć… bramkarz, Tim Howard. Nawet to jednak nie pomogło w pokonaniu jednej z najsłabszych drużyn w lidze, Boltonu.
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że do ataku od pierwszych minut rzucą się gospodarze. Podobnego zdania byli bukmacherzy.
Jednak w 1. minucie minimalnie niecelny strzał oddał gracz Evertonu, Luis Saha, który zakończył akcję Landona Donovana. Ponad 20 minut musieliśmy czekać na kolejną ciekawszą okazję. W 25. minucie szybką kontrę dla drużyny Tottenhamu wyprowadził Bale, zagrał do ruchliwego Adebayora, ten próbował minąć Howarda, ale wyszedł z piłką za końcową linię. Chwilę później dwukrotnie w polu karnym padali gracze „Kogutów”: najpierw Adebayor, a później Modrić, jednak w żadnym przypadku sędzia Martin Atkinson nie podyktował „jedenastki”.
W 34. minucie meczu zaskakująco uderzał z pierwszej piłki z prawego skrzydła Rafael van der Vaart, ale futbolówka spadła na górną siatkę bramki Evertonu. Minutę później doczekaliśmy się bramki dla gospodarzy. Assou-Ekotto wykonał długi przerzut na prawe skrzydło do Aarona Lennona, który przyjęciem piłki zgubił próbującego wcześniej przecinać podanie Bainesa, po czym lekkim strzałem przy krótkim słupku zmylił zasłoniętego Tima Howarda, tym samym zmuszając go do kapitulacji. Winą za tego gola należy obarczyć jednego z najlepszych piłkarzy „The Toffees” w tym sezonie, Leightona Bainesa.
Nie było zmiany wyniku do końca pierwszej połowy spotkania. Tottenham prowadził w pełni zasłużenie. Everton stać było jedynie na z rzadka przeprowadzane kontry, najczęściej inicjowane przez Landona Donovana. Kibice na White Hart Lane być może nie obejrzeli fantastycznych 45 minut, jednak narzekać na poziom spotkania również nie mogli.











