Od początku okienka transferowego los Garetha Bale’a wydawał się przesądzony. Saga z nim w roli głównej była bardzo uciążliwa i podzieliła kibiców „Królewskich”. Zinedine Zidane nie dawał szans Walijczykowi na dalsze reprezentowanie Realu Madryt, ale kilka czynników pokrzyżowało plany trenera. Ostatecznie wbrew woli Francuza „Książę Walii” pozostał na Bernabeu i dalej przywdziewa biało-złote trykoty „Los Blancos”. Wraz ze startem sezonu udowadnia wszystkim, którzy go skreślali, że mogą popukać się w głowę. Bale wyrasta na lidera ofensywy 13-krotnego triumfatora Ligi Mistrzów.
Przypadek Bale’a jest o tyle ciekawy, że kiedy wszyscy równali go z ziemią i nie dawali szans na zaistnienie w trwającym sezonie, on, nie okazując żadnego zniechęcenia, gra jak na gwiazdę przystało. Nie oszukujmy się. Gareth wciąż jest piłkarzem z absolutnego światowego topu i Real ma szczęście, że posiada takiego gracza w swoich szeregach. Owszem, ubiegły sezon w jego wykonaniu był, delikatnie mówiąc, poniżej oczekiwań i nie udało mu się wejść w buty CR7, ale dzisiaj „Książę Walii” udowadnia, że nie powiedział ostatniego słowa. Mecz z Villarrealem był tego idealnym przykładem. Co, gdyby nie Bale? Oto pytanie, z którym przyszło się zmierzyć ludziom związanym z Realem Madryt wraz ze startem sezonu.
Nauczyciel pokory
Zarzuty wymierzane Walijczykowi były na tyle przekonujące, że sam powoli zaczął godzić się z brakiem przyszłości w Realu. Co prawda przekonywał, że nie ma zamiaru się nigdzie wybierać. I całkiem słusznie. 17 milionów pensji rocznie, długi kontrakt, świetne warunki do życia. Czego chcieć więcej? Przeciętny kibic tego nie zmieni, ale dziwne, że nie zrobił tego trener. „Zizou” nie pozostawiał złudzeń w sprawie Bale’a jeszcze podczas pretemporady.
Na początku września Walijczyk był bliski podpisania kontraktu z chińskim Jiangsu Suning. Był to jedyny klub, który zgodził się sprostać oczekiwaniom finansowym Garetha, ale w ostatniej chwili transfer zablokował Florentino Perez. Powodem takiej decyzji była kwota odstępnego, która w Chinach nie może wynieść więcej niż 30 milionów euro. Był to moment, w którym Walijczyk znalazł się między młotem a kowadłem.
Kiedy wszyscy wypychali go poza Madryt, on pozostał nieugięty i postanowił zaryzykować swoją reputację, która i tak była już naciągnięta. Kibice nigdy nie zapomną mu momentu, kiedy podczas trwającego horroru w przedsezonowym meczu z Atletico Madryt ukazywał swoją radość i pozostawał wesoły, a drużyna wraz z kibicami cierpiała.













