Futbolowi nadludzie, czyli o niepojętych rekordach piłkarzy


Wyczyny, który napisały historię piłki nożnej

18 kwietnia 2020 Futbolowi nadludzie, czyli o niepojętych rekordach piłkarzy

Piłka nożna to w teorii gra zespołowa. W praktyce jednak nie obyłaby się bez indywidualności. Bo czy Real Madryt sięgnąłby po La Decimę bez 17 goli Cristiano Ronaldo? W jakiej sytuacji byłaby Barcelona po 2012 roku, gdyby Messi nie strzelił w jego trakcie 91 bramek? I czy Niemcy dzierżyliby miano "Weltmeister" po mistrzostwach świata w Brazylii, jakby wówczas bramkarskim cudotwórcą nie został Manuel Neuer?


Udostępnij na Udostępnij na

Jak doskonale wiemy, trofea w piłce nożnej można zdobywać dzięki zespołowości i monolicie drużyny. Jednak niejednokrotnie historia już pokazała, jak ważną rolę odgrywa geniusz danej jednostki. I mimo że same w sobie indywidualności bez zjednoczonej drużyny w teorii niemal nic nie znaczą, to właśnie ich rekordy zapadły w pamięć kibiców na lata. Oczywiście nie przyjrzymy się im wszystkim, bo jest ich niezliczona liczba, ale wrócimy wspomnieniami do największych wyczynów ostatnich kilkunastu lat.

Bogowie futbolu i pożeracze rekordów

Messi i Ronaldo. Ronaldo i Messi. Kolejność proszę wybrać sobie według własnego uznania, nie będziemy tu wyliczać, który z nich zrobił więcej dla futbolu i stał się jego bogiem. Obaj są nie z tej planety. I dlatego gloryfikowanie ich osiągnięć i dokonań nie może zostać uznane za przesadne. Bo poziom, do którego obaj doszli, przez długi czas będzie nieosiągalny dla nikogo. Przez bardzo długi czas. A może nawet będą najlepsi już na wieki wieków.

Leo Messi – 6 Złotych Piłek, Cristiano Ronaldo – 5. Obaj od ponad dekady znacznie ponad jakąkolwiek konkurencją. Portugalczyk wyjątkowo jednak upodobał sobie Ligę Mistrzów, w której ma kosmiczne statystyki. Łącznie pięć wygranych – cztery razy z Realem Madryt, raz z Manchesterem United, a do tego strzelał gole w trzech z tych pięciu finałów. Biorąc pod uwagę wszystkie trafienia w tychże rozgrywkach, Ronaldo nie ma sobie równych. 128 goli w Champions League, 14 więcej niż Messi i aż 57 niż trzeci w klasyfikacji Raúl González. Niekwestionowany „Mr. Champions League”.

Swoją historię w Lidze Mistrzów CR7 pisze cały czas, ale legendą rozgrywek stał się już w sezonie 2013/2014. Wtedy ustanowił do dziś niepobity rekord goli strzelonych w jednej edycji rozgrywek. 17 goli! 17! Portugalczyk trafiał w 10 z 13 meczów. Wynik niebywały, który być może nigdy nie doczeka się poprawienia. Paradoksalnie później najbliżej niego był dwukrotnie właśnie Ronaldo – w sezonie 2015/2016, gdy zdobył 16 goli, i 2017/2018, kiedy bramek strzelił 15.

Co prawda w Champions League Lionel Messi ogląda plecy Ronaldo, ale w Primera División większość rekordów dzierży Argentyńczyk. Łącznie 438 goli w lidze, ponad 100 więcej niż Portugalczyk. Wynik, który był śrubowany przez kilkanaście sezonów, z czego w samej kampanii 2011/2012 Messi strzelił 50 bramek. Tak, w jednym sezonie, w 38 meczach 50 goli. Co więcej, sezon później wcale nie zszedł z tonu – ustanowił kolejny niezwykły wynik, zdobywając 46 bramek w La Liga.

Na ten okres przypadł zatem prime time Argentyńczyka, jeśli chodzi o strzelanie. Jak zapewne wszyscy dobrze pamiętamy, w 2019 roku najwięcej goli uzbierał Robert Lewandowski – 54. Znakomity wynik, bez dwóch zdań. Ale jak w takim razie nazwać wyczyn Messiego z roku 2012? 91 goli! W ciągu roku kalendarzowego! Bezprecedensowy wynik i podobnie jak w przypadku rekordu Ronaldo z sezonu 2013/2014 prawdopodobnie nie do pobicia przez lata. I pomyśleć, że mimo takiej skuteczności Argentyńczyka Barcelona w 2012 roku oddała mistrzostwo Hiszpanii Realowi Madryt, a w Lidze Mistrzów odpadła z Chelsea. I to między innymi przez niestrzelonego karnego Messiego w drugim meczu półfinałowym na Stamford Bridge…

A będąc już przy sezonie 2011/2012 i Realu Madryt, nie sposób nie wspomnieć o wyjątkowym osiągnięciu „Królewskich”. Zespół prowadzony przez Jose Mourinho nie tylko sięgnął po mistrzostwo kraju, ale także dobił do magicznej granicy 100 zdobytych punktów w sezonie, strzelając w nim aż 121 goli. Niebywałe, tyle że Barcelona, podwójnie zmotywowana owym osiągnięciem klubu ze stolicy, sezon później dokonała tego samego. Pod skrzydłami Tito Vilanovy „Duma Katalonii” w wielkim stylu odzyskała hiszpański tron, zgarniając w kampanii, podobnie jak sezon wcześniej Real, łącznie 100 „oczek”.

Nosiciele fortepianu

Ronaldo w rekordowym sezonie Ligi Mistrzów sam nie stworzył sobie 17 sytuacji bramkowych, które zamienił na gole, a Messi 91 trafień w 2012 roku nie uzbierał przecież bez niczyjej pomocy. To jasne. Potrzeba chłopców od brudnej roboty. Ludzi, którzy będą wnosić fortepian, na którym ktoś później zagra. I często takich postaci się nie docenia. Jakoby mieli znaczyć mniej od tych, którzy później mają przy swoim nazwisku wybitne statystyki. Bzdura. Piłkarze z drugiego planu sprawiają, że ci z pierwszego jaśnieją takim blaskiem.

Obecnie numerem jeden w kategorii najlepszych rozgrywających na świecie jest prawdopodobnie Kevin De Bruyne. Oczywiście jak zawsze w przypadku tego typu subiektywnych rankingów zdania mogą być podzielone. Nie ulega jednak wątpliwości, że Belg jest absolutnie topowym zawodnikiem, jeśli chodzi o dogrywanie piłek. Patrząc jednak na jego statystyki asyst, najlepiej wypadają sezony 2016/2017 i 2017/2018, w których zaliczył ich po 21. Wynik bardzo dobry, ale niepowalający na kolana.

Rzecz jasna przez lata przewinęła się masa wybitnych kreatorów. Biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki, Xavi w sezonie 2008/2009 miał aż 30 asyst, w swojej najlepszej pod tym względem kampanii Messi miał ich 31, a dajmy na to Mesut Oezil, który także przez lata uchodził za doskonałego rozgrywającego, 29. Piłkarzem, który wykręcił najbardziej kosmiczne statystyki asyst w jednym sezonie, był… Juan Mata.

Hiszpan w barwach Chelsea wspiął się na absolutne wyżyny swoich możliwości. Sezon 2012/2013 był dla niego indywidualnie niewiarygodny. We wszystkich rozgrywkach strzelił dla „The Blues” 19 goli, a do tego asystował aż 35 razy! Niemal w pojedynkę ciągnął ofensywę londyńskiego klubu, który ostatecznie dzięki znacznej pomocy Maty zdobył Puchar Europy. Sam Hiszpan do takiego poziomu już nigdy się nie zbliżył, przepadł po transferze do Manchesteru United, ale pozostał na kartach historii piłki nożnej jako ten, który asystował wszędzie i wszystkim.

Niepowtarzalne osiągnięcia klubów

„The Invincibles”. Przydomek niepokonanych został nadany Arsenalowi po niesamowitym dla nich sezonie 2003/2004, w którym nie tylko sięgnęli po mistrzostwo Anglii, ale dokonali tego, nie doznając żadnej porażki. 38 spotkań ligowych, 26 zwycięstw, 12 remisów. Jako drugi zespół w historii angielskiego futbolu, po Preston North End, który dokonał tego jeszcze w XIX wieku, zwyciężyli w lidze, nie zaznając goryczy porażki. Tym samym stworzyli historię, która nawet doczekała się opisu w książce Amy Lawrence „Niezwyciężeni. Arsenal w sezonie, który przeszedł do historii futbolu”.

Jednakże nie tylko Arsenal w XXI wieku dokonał owej niemal niemożliwej do zrealizowania sztuki. Równych sobie nie miał również Juventus, kiedy w sezonie 2011/2012 sięgał po scudetto. Choć w zasadzie powiedzenie, że nie miał sobie równych, jest nieco na wyrost, bowiem mimo tego, że „Stara Dama” zakończyła rozgrywki ligowe bez porażki (bilans 23-15-0), to nad drugim w tabeli Milanem miała tylko cztery punkty przewagi. Tak czy inaczej, sam rezultat był imponujący i jak się później okazało, zapoczątkował trwającą do dziś hegemonię „Juve” na Półwyspie Apenińskim.

Niecodziennym osiągnięciem może pochwalić się także Celtic, który w sezonie 2016/2017 zakończył ligę z dorobkiem 106 punktów, wygrywając 34 z 38 meczów i nie przegrywając żadnego. Drugie w tabeli Aberdeen piłkarze z Glasgow odstawili na dystans 30 punktów, kompletnie deklasując jakąkolwiek konkurencję. Drużyna wówczas prowadzona przez Brendana Rodgersa na krajowym podwórku nie spotkała żadnego godnego rywala i oprócz deklasacji w lidze nie miała sobie równych także w rozgrywkach pucharowych.

Liga Mistrzów i Liga Europy w ostatnim czasie także doczekały się swoich hegemonów. Oczywiście nie na taką skalę jak Juventus, który włoską Serie A wygrał osiem razy z rzędu, ale również w stopniu imponującym. Mowa rzecz jasna o dwóch hiszpańskich klubach, które przez lata wiodły prym w europejskich pucharach. Real Madryt w latach 2016–2018 trzykrotnie sięgnął po puchar Champions League (jak dotąd żaden klub oprócz „Królewskich” nie wygrał Ligi Mistrzów nawet dwa razy z rzędu). Podobnie Sevilla, która także trzy razy z rzędu wygrała Ligę Europy w latach 2014–2016.

Historie jednego meczu

Aby zapisać się na kartach historii piłki nożnej, nie trzeba wcale zagrać całego sezonu bez porażki lub zdobyć w jego trakcie 100 punktów. Nie jest też konieczne wygranie Ligi Mistrzów trzy razy z rzędu. Wystarczy jeden wybitny mecz. I choć oczywiście skala osiągnięcia jest inna, to może zapaść w pamięć kibiców na długie lata. Jak futbol niejednokrotnie pokazał, potrzeba do tego zaledwie 90 minut.

A może nawet i dziewięciu. Tutaj specjalisty nie trzeba daleko szukać. Robert Lewandowski upokorzył defensywę Wolfsburga pięciokrotnie, potrzebując do tego niespełna dziesięciu minut. Kolejno na zegarze minuty 51., 53., 55., 57., 60. Średnio gol co minutę i 48 sekund. Absolutnie niepowtarzalne. Gdy Polak wchodził na boisko po przerwie, było 0:1. W kwadrans dzięki Lewandowskiemu zrobiło się 5:1.

Sam zainteresowany nie był w stanie wyjaśnić genezy tego wyczynu. – Nigdy nie mogłem sobie wyobrazić, że coś takiego jest możliwe. Byłem wtedy w transie boiskowym. Po każdej bramce chciałem strzelić kolejną. Wszystko tak szybko trwało, że nie miałem czasu, żeby pomyśleć, że strzeliłem bramkę. Przegrywaliśmy 0:1 i byłem tak przygotowany mentalnie na to, żeby strzelić kolejne bramki, żeby wygrać mecz, że wszystko inne wokół mnie nie interesowało – mówił w programie Kuby Wojewódzkiego Robert Lewandowski.

Indywidualnie „Lewy” wypadł niesamowicie. Pod względem drużynowym rekord strzelonych goli należy do reprezentacji Australii, która w 2001 roku pokonała Samoa Amerykańskie 31:0. Do dziś jest to najwyższe zwycięstwo w meczu międzynarodowym. Indywidualnie kilku piłkarzy także ma się czym pochwalić z tamtego spotkania. Archie Thompson strzelił wówczas 13 goli, a David Zdrilic osiem. Ale nawet w takim meczu żaden z nich nie skompletował pięciu bramek przed upływem dziesięciu minut…

Ktoś powie – przecież w futbolu padł już nawet wynik 149:0. I owszem, ma rację, ale okoliczności nie pozwalają traktować tego wyniku poważnie. Do samego wydarzenia doszło w lidze madagaskarskiej, a jego tło stanowiły wydarzenia z ligowych play-offów, w których sędziowie mieli skrzywdzić ówczesnego mistrza ze stolicy – SOE Antananarivo – i znacznie przyczynić się do utraty przez nich mistrzostwa. W ramach protestu w ostatnim meczu przeciwko nowemu mistrzowi Madagaskaru – AS Adema – byli mistrzowie kraju strzelili sobie 149 goli samobójczych.

Hołd trzeba oddać także bramkarzom. I w tym wypadku postaci dosyć nieoczywistej. Tim Howard historię napisał na mistrzostwach świata w 2014 roku w meczu 1/8 finału pomiędzy USA a Belgią. Amerykanin był ostrzeliwany z każdej strony przez rywali (łącznie Belgowie oddali w meczu aż 40 strzałów!), a mimo tego wprowadził swoją reprezentację do dogrywki. Co prawda Belgia ostatecznie wygrała 2:1, ale dla amerykańskiego golkipera indywidualnie mecz był wyśmienity. Dobił do niezwykłej statystyki 16 obronionych strzałów i mimo odpadnięcia z turnieju na zawsze zapisał się w jego historii.

Piłka nożna widziała już tyle historii wybitnych sezonów, turniejów czy meczów, że awykonalne jest umieszczenie choćby większości z nich. Każdy dzień przynosi nowe osiągnięcia i wyczyny futbolowe. I choć obecnie jedyny rekord, który jest śrubowany w piłce nożnej, to dni bez meczów w większości lig na świecie, to głęboko wierzymy, że już niedługo na nowo w czysto piłkarskiej atmosferze będziemy mogli doświadczać coraz to nowych boiskowych wrażeń.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze